9. Nowa misja: Dlaczego po prostu jej nie zlikwidujesz?
Kwon Taekjoo natychmiast odrzucił kartkę i rzucił się w stronę drzwi.
Nie miał czasu analizować sytuacji.
Zacisnął zęby i z całej siły skoczył naprzód.
W chwili, gdy jego palce dotknęły klamki, powietrze przeszył potężny huk.
Fala uderzeniowa cisnęła Kwon Taekjoo o przeciwległą ścianę.
W tej samej chwili podłoga pod jego stopami zapadła się.
Przednie okno pokoju roztrzaskało się pod siłą eksplozji.
Meble zostały doszczętnie zniszczone.
Sufit zaczął drżeć.
W całym hotelu rozległ się ogłuszający alarm.
Goście natychmiast przerwali wszystkie swoje zajęcia.
Kwon Taekjoo szybko uniósł wzrok, próbując zorientować się, co się dzieje.
— Aaa!
— Ach!
Niemal wszyscy w tej samej chwili pomyśleli: „zamach terrorystyczny”.
Nikt nikomu nic nie powiedział, a mimo to tłum natychmiast ogarnęła panika.
Przerażeni ludzie rzucili się do ucieczki.
Głosy pracowników hotelu, próbujących uspokoić gości, całkowicie zginęły wśród krzyków dobiegających ze wszystkich stron.
Przy wąskim wyjściu ewakuacyjnym wybuchł chaos.
Każdy chciał wydostać się jako pierwszy.
Ludzie bez wahania popychali innych, przewracali ich i tratowali.
Ktoś potknął się na schodach.
Osoby biegnące za nim przeskakiwały przez jego ciało albo deptały go, byle tylko uciec.
Jeśli istnieje piekło na ziemi, rodzące się ze strachu tak wielkiego, że odbiera człowiekowi rozsądek, wygląda właśnie w ten sposób.
Dopiero przybycie straży pożarnej pozwoliło opanować sytuację.
Po ugaszeniu ognia na miejsce weszła w pełni wyposażona jednostka saperów.
Reporterzy, którzy zjawili się niemal natychmiast, relacjonowali wydarzenia podniesionymi głosami.
Choć sama eksplozja nie była ogromna, liczba rannych okazała się zaskakująco wysoka.
Większość obrażeń nie była skutkiem wybuchu, lecz paniki podczas ewakuacji.
Ambulanse bez przerwy odjeżdżały z kolejnymi poszkodowanymi.
Pośród całego zamieszania ratownik medyczny próbował przekonać jednego z rannych.
Najciężej poszkodowanym był właśnie Kwon Taekjoo.
— Teraz jesteś w szoku, dlatego nie czujesz bólu. Później będziesz tego żałował. Masz uraz głowy, więc powinieneś natychmiast pojechać do szpitala na tomografię komputerową. Proszę, połóż się na noszach.
Ratownik wskazał nosze i podniósł głos.
Choć Kwon Taekjoo wielokrotnie powtarzał, że nic mu nie jest, niczego to nie zmieniało.
Westchnął zmęczony.
— Naprawdę dam sobie radę. Proszę najpierw zająć się innymi rannymi.
— Sam też chciałbym odpuścić tak upartemu pacjentowi, ale obowiązują mnie procedury. Jeśli coś ci się stanie, a mnie obetną pensję, weźmiesz za to odpowiedzialność?
— Krwi wygląda na dużo, ale rana nie jest poważna.
— To lekarz powinien to ocenić.
Cholera.
To, że Kwon Taekjoo twierdził, iż nic mu nie jest, nie było pustym gadaniem.
Na czole miał jedynie niewielkie rozcięcie, z którego sączyła się krew.
Wystarczyłoby zdezynfekować ranę i założyć opatrunek.
Być może potrzebował kilku szwów, ale najwyżej kilku.
Nawet gdyby leczenie odłożono na później, nie stanowiłoby to problemu.
Ratownik jednak pozostawał nieugięty.
To kto tu właściwie jest uparty?
Kwon Taekjoo z irytacją podrapał się po głowie.
Sztuczna skóra na lewej stronie brody odkleiła się od siły wybuchu, przez co twarz wyglądała nienaturalnie.
Ratownik natychmiast to zauważył.
— Tutaj też jest pan ranny? Proszę zobaczyć.
Kwon Taekjoo odtrącił wyciągniętą w jego stronę rękę.
Ratownik zamarł ze zdziwienia.
Nie obraził się za uderzenie.
Jego mina jedynie jeszcze bardziej spoważniała.
Najwyraźniej uznał, że stan psychiczny Kwon Taekjoo ucierpiał wskutek szoku.
Jakby wszystko zrozumiał, poklepał go uspokajająco po plecach, po czym mrugnął do kolegi.
W tej samej chwili podbiegł również jeden z członków japońskiej delegacji, który od dłuższego czasu obserwował ich sprzeczkę.
Obaj chwycili Kwon Taekjoo za ramiona i zaczęli nakłaniać go, by położył się na noszach.
Kwon Taekjoo zaklął pod nosem.
Dostać bombę w prezencie z samego rana i jeszcze zostać potraktowany jak niesforny pacjent…
To dopiero pech.
Jeśli trafi do szpitala, jego przebranie zostanie odkryte.
Wtedy wszyscy dowiedzą się, że nie jest Hiro Sakamoto.
Na dodatek w szpitalu z pewnością będą policjanci.
Gdyby znaleziono jego sprzęt do charakteryzacji…
Już samo wyobrażenie sobie konsekwencji przyprawiało go o ból głowy.
Do tego nie mógł dopuścić.
— Naprawdę nic mi nie jest. Proszę spojrzeć.
Na dowód wykonał kilka energicznych ruchów.
Ratownik nawet nie próbował go słuchać.
— Dobrze, dobrze. W takim razie przejdziemy się do lekarza.
Kurwa…
Wokół było zbyt wielu świadków.
Nie miał możliwości ich obezwładnić.
Gdy bezradnie prowadzono go w stronę karetki, jego wzrok nagle zatrzymał się na tłumie gapiów.
Pośród hałaśliwej zbieraniny mignęła mu znajoma twarz.
W chwili gdy ich spojrzenia się spotkały, tamten człowiek natychmiast zniknął w tłumie.
To było aż nazbyt podejrzane.
Kwon Taekjoo natychmiast zmienił zdanie.
Przestał się wyrywać i bez słowa podporządkował się ratownikom.
Idąc w stronę ambulansu, czuł na sobie czyjś uporczywy wzrok.
Nagle odwrócił się jeszcze raz.
Mężczyzna ponownie zniknął za plecami tłumu.
Serce Kwon Taekjoo zabiło gwałtownie.
Rozpoznał tę twarz.
To on.
Psych Bogdanov.
Mężczyzna znany w tym kraju jako szaleniec, przed którym ostrzegano go już wielokrotnie.
Kazano mu za wszelką cenę unikać spotkania z nim.
Kwon Taekjoo zamarł na moment.
Po chwili w jego głowie pojawiło się pytanie.
Dlaczego on tu jest?
Dlaczego właśnie tutaj?
Czy tylko przypadkiem znalazł się w okolicy?
Nie.
To było zbyt niedorzeczne.
Znacznie bardziej prawdopodobna wydawała się inna możliwość.
Sprawca często wraca na miejsce zbrodni.
W jego przypadku wcale nie byłoby to zaskakujące.
Pozostawało tylko pytanie — dlaczego?
Czy moja tożsamość została zdemaskowana?
Kwon Taekjoo gorączkowo analizował kolejne możliwości.
W końcu doszedł do jednego wniosku.
Musi stąd zniknąć.
Wybuch pozbawił go całego wyposażenia, łącznie z Coltem.
Nawet gdyby doszło do starcia z Psychem, teraz nie był odpowiedni moment.
Choć tamten był szaleńcem, w biały dzień nie odważy się zrobić niczego pochopnego.
Najrozsądniej będzie pojechać do szpitala, a później znaleźć okazję do ucieczki.
Po uporządkowaniu planu Kwon Taekjoo wszedł do ambulansu.
—
Psych Bogdanov nagle ruszył w jego stronę.
Zwinny mężczyzna przeciskający się wcześniej przez tłum miał teraz na sobie biały fartuch, identyczny z uniformem ratownika medycznego.
Na twarz założył białą maskę i bez chwili wahania podszedł do miejsca kierowcy karetki.
Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z jego planem, Kwon Taekjoo będzie musiał jechać z nim w jednym samochodzie.
Niebezpieczeństwo.
Instynkt raz za razem bił na alarm.
Kwon Taekjoo nagle odepchnął ratownika i wyskoczył z ambulansu.
— Hej!
Ratownik krzyknął za nim.
Słysząc zamieszanie, Psych Bogdanov wysiadł z miejsca kierowcy i stanął na jezdni.
Kwon Taekjoo utkwił w nim wzrok i zaczął powoli się cofać.
Tamten również ruszył naprzód.
Powoli.
Nieśpiesznie.
Spod maski błyszczały dwa przenikliwe oczy.
Kwon Taekjoo zacisnął zęby i rzucił się w stronę tłumu.
Przepychał się między ludźmi, wywołując wokół siebie oburzone okrzyki.
Na tym właśnie polegał jego plan.
Im więcej świadków, tym bezpieczniej.
Być może również Psych zdawał sobie z tego sprawę.
Nie mógł już ścigać go otwarcie.
Zawahał się na moment, po czym zniknął w innym kierunku.
Kwon Taekjoo natychmiast oddalił się od hotelu i wybiegł na główną ulicę.
Tamten szaleniec z pewnością znał okolicę jak własną kieszeń.
Musiał znaleźć się jak najdalej od niego.
Po kilku minutach usłyszał za sobą ryk silnika.
Odwrócił się.
W jego stronę pędził wojskowy jeep.
Przednia szyba była tak mocno przyciemniona, że nie dało się zobaczyć wnętrza.
Jednak na miejscu pasażera siedział mężczyzna w białym fartuchu.
Najwyraźniej był to Psych Bogdanov.
Kwon Taekjoo zaklął pod nosem i natychmiast skręcił w wąski zaułek, do którego samochód nie mógł wjechać.
Jeep zatrzymał się przy samym wlocie uliczki.
Z tylnego siedzenia wysiadł mężczyzna ubrany od stóp do głów na czarno.
Po krótkim skinieniu Bogdanova poprawił broń pod marynarką i ruszył za Kwon Taekjoo.
Sam jeep odjechał z powrotem główną ulicą.
Plan był prosty.
Ludzie Bogdanova mieli ścigać go od tyłu, a samochód zablokować drogę ucieczki z przodu.
Kwon Taekjoo biegł ile sił w nogach, jednocześnie gorączkowo próbując zrozumieć sytuację.
Dlaczego Psych Bogdanov mnie ściga?
Jeśli jego przykrywka nie została zdemaskowana, ich celem powinien być Hiro Sakamoto.
Czy Psych również sprzeciwia się rosyjsko-japońskiemu kontraktowi?
Im więcej nad tym myślał, tym mniej to miało sens.
Gdyby chcieli wpłynąć na negocjacje poprzez porwanie przedstawiciela jednej ze stron, istniały znacznie cenniejsze cele niż Hiro Sakamoto.
Pierwszego dnia po przylocie rzeczywiście był jedynym łatwo dostępnym przedstawicielem kontraktu.
Teraz jednak sytuacja wyglądała zupełnie inaczej.
A więc…
Czy od początku nie chodziło o Hiro Sakamoto…
…lecz o Kwon Taekjoo?
Ale dlaczego?
Pytania mnożyły się jedno po drugim, jednak żadna odpowiedź nie wydawała się przekonująca.
Kwon Taekjoo podniósł wzrok.
Na budynku naprzeciwko dostrzegł metalowe schody przeciwpożarowe.
Jeśli uda mu się dostać na dach, będzie mógł przeskoczyć na sąsiedni budynek i uniknąć pułapki.
Błyskawicznie odtworzył trasę ucieczki w głowie.
Podjął decyzję.
Jednak ścigający nie zamierzali pozwolić mu odejść.
Z tyłu padł strzał.
Kula świsnęła tuż obok niego i roztrzaskała fragment elewacji.
Jakby przewidzieli jego zamiary, kolejne pociski posypały się wokół schodów przeciwpożarowych.
Spróbował zmienić kierunek i wspiąć się przez szyb wentylacyjny sąsiedniego budynku.
Tam również natychmiast otwarto do niego ogień.
— …Cholera!
Kwon Taekjoo ze złością zacisnął zęby i rzucił się do dalszej ucieczki.
Mężczyzna nie odpuszczał ani na krok.
Choć płuca paliły go już żywym ogniem, a każdy oddech sprawiał ból, nigdzie nie było drogi ucieczki.
Jak to możliwe, że w tym kraju nikt nie reaguje na strzały padające w biały dzień tuż obok głównej ulicy?
W myślach przeklął nieudolność rosyjskiej policji i gwałtownie zmienił kierunek.
Wąskie przejście, wystarczająco szerokie dla jednej osoby, prowadziło w stronę nadrzecznej drogi.
Nie mógł przewidzieć, że będzie kiedyś tędy uciekał, ale dobrze było znać układ okolicy.
Przed nim pojawiła się szeroka jezdnia.
Po drodze jechało sporo samochodów.
Jeszcze kawałek…
Jeszcze tylko trochę…
Kwon Taekjoo wydłużył krok i przyspieszył.
Od chwili, gdy postawił stopę w Rosji, nie robił nic poza nieustanną ucieczką.
Wybiegł z wąskiego zaułka na główną ulicę.
W tej samej chwili z piskiem opon zatrzymał się przed nim samochód, całkowicie odcinając drogę.
To był jeep Psycha Bogdanova.
Za plecami Kwon Taekjoo jego ludzie również błyskawicznie skracali dystans.
Bez chwili wahania szarpnął za drzwi kierowcy.
Mężczyzna właśnie próbował wysiąść, więc impet otwieranych drzwi zwalił go z nóg.
Kwon Taekjoo wykorzystał ten moment.
Zwinnie wskoczył na maskę.
W tej samej chwili otworzyły się drzwi pasażera.
Uderzył w nie całym ciałem, stracił równowagę i runął na asfalt.
Przetoczył się, chcąc uniknąć następnego pasa ruchu.
Tylko że sytuacja jeszcze bardziej się pogorszyła.
Z naprzeciwka z ogromną prędkością nadjeżdżał motocykl.
Kiedy motocyklista zobaczył człowieka leżącego na środku drogi, natychmiast zacisnął hamulce.
Było jednak za późno.
Odległość była zbyt mała.
Kwon Taekjoo nie miał już nawet siły się podnieść.
Odruchowo zasłonił głowę.
Przednie koło motocykla zablokowało się i zaczęło sunąć po asfalcie, wyrzucając długi snop iskier.
Ludzie Psycha Bogdanova, którzy do tej pory go ścigali, również odruchowo zamknęli oczy.
Jakby spodziewali się najgorszego.
Rozległ się ogłuszający zgrzyt.
Metal tarł o asfalt.
Przez krótką chwilę cały hałas wokół zniknął.
Nie nastąpiło jednak uderzenie, którego wszyscy się spodziewali.
— …?
Kwon Taekjoo powoli otworzył oczy.
Tuż przed jego nosem obracało się tylne koło motocykla.
Maszyna, która zderzyła się z przodem jeepa, poderwała się gwałtownie do góry.
Przez ułamek sekundy zawisła w powietrzu.
Ten moment trwał zadziwiająco długo.
Kwon Taekjoo błyskawicznie odtoczył się na bok.
To był czysty instynkt przetrwania.
Tylne koło motocykla z hukiem opadło na asfalt.
Gdyby spóźnił się choćby o sekundę, zmiażdżyłoby mu głowę.
Kwon Taekjoo dopiero co wrócił z zaświatów.
Z ulgą wypuścił powietrze.
Powieki drżały mu nerwowo.
Całe ciało, jeszcze przed chwilą mokre od potu, nagle zdrętwiało.
Ile razy od rana otarłem się już o śmierć?
Nagle ktoś chwycił go za ramię i brutalnie postawił na nogi.
To był jeden z ludzi Psycha Bogdanova.
Sam Bogdanov złapał go za drugie ramię.
Rozejrzał się spokojnie i powiedział:
— Przestań robić zamieszanie i grzecznie wsiadaj do samochodu.
W tej samej chwili potężny cios wbił się w brzuch Kwon Taekjoo.
Powietrze uciekło z jego płuc.
Nogi momentalnie odmówiły mu posłuszeństwa.
Nie był już w stanie stawiać oporu.
Ludzie Bogdanova bezceremonialnie wrzucili go na tylne siedzenie jeepa.
Psych usiadł obok niego.
Drzwi zatrzasnęły się kolejno.
Samochód ruszył ulicą, jakby nic się nie wydarzyło.
Nadal nie było słychać ani jednej syreny policyjnej.
Prawdziwy raj dla porywaczy.
Nawet w tej sytuacji Kwon Taekjoo parsknął gorzkim śmiechem.
I co teraz?
Czy skończę jak Morgan?
Obetną mi wszystkie dziesięć palców… a potem wrzucą do wody?
Nigdy wcześniej nie wyobrażał sobie takiego końca.
Zhenya…
Gdzie do diabła podziewa się ten przeklęty drań właśnie teraz?
W chwili największej desperacji nagle przypomniał sobie o czymś, o czym zupełnie zapomniał.
Z daleka dobiegł charakterystyczny odgłos wirujących łopat śmigła.
— To on!
— krzyknął mężczyzna siedzący na przednim fotelu.
Kwon Taekjoo błyskawicznie spojrzał przez okno.
Nad jeepem zawisł śmigłowiec.
Na jego krawędzi siedział mężczyzna z niedbale opuszczonymi długimi nogami.
Sylwetka była jeszcze niewyraźna.
Ale Kwon Taekjoo nie miał najmniejszych wątpliwości.
To był Zhenya.
Mężczyzna siedzący na miejscu pasażera natychmiast opuścił szybę i otworzył ogień.
W tym samym czasie Psych Bogdanov sięgnął pod tylne siedzenie.
Przedmiot, który błyskawicznie wyciągnął, uderzył Kwon Taekjoo w piętę.
To była wyrzutnia rakiet.
— Otwórz drzwi.
Na jego rozkaz szyba tylnego okna opuściła się.
Bogdanov wychylił przez nią niemal całe ciało i wycelował prosto w śmigłowiec.
Jedno bezpośrednie trafienie wystarczyłoby, żeby maszyna eksplodowała.
Kwon Taekjoo rzucił się na niego.
Nie zdążył jednak go powstrzymać.
Mężczyzna siedzący z przodu natychmiast przyłożył mu pistolet do skroni.
Kwon Taekjoo nie miał wyboru.
Powoli uniósł ręce i cofnął się.
W następnej chwili wyrzutnia huknęła.
Siła odrzutu zakołysała pędzącym jeepem.
Śmigłowiec gwałtownie wzbił się wyżej, unikając nadlatującego pocisku.
Rakieta jedynie musnęła jego ogon, przeleciała dalej i uderzyła w pobliski budynek.
Jedna ze ścian eksplodowała, jakby uderzył w nią olbrzymi młot.
Jakby tylko na to czekał…
Śmigłowiec natychmiast przeszedł do kontrataku.
Zhenya chwycił za zamontowany karabin maszynowy i bez najmniejszego wahania otworzył ogień.
Kwon Taekjoo i Psych Bogdanov jednocześnie rzucili się na podłogę.
Kierowca kurczowo trzymał kierownicę, choć karoseria samochodu zamieniała się w sito.
Nagle jego ciało osunęło się na bok.
Razem z nim skręciła kierownica.
Jeep gwałtownie zjechał z drogi.
Ranny pasażer z przodu jęknął i desperacko próbował przejąć kierownicę.
Było już za późno.
Samochód przebił barierkę i runął do rzeki.
Kwon Taekjoo nie zdążył nawet krzyknąć.
Świat obrócił się do góry nogami.
Ze wszystkich stron rozległ się syk uciekającego powietrza.
Lodowata woda jednocześnie wdarła się do jego nosa i uszu.
Przez wybite szyby wnętrze samochodu błyskawicznie zaczęła zalewać rzeka.
Na moment zabrakło mu tchu.
Szybko jednak odzyskał panowanie nad sobą i zaczekał, aż samochód przestanie się obracać.
Po chwili jego oddech nieco się uspokoił.
Psych Bogdanov również stracił przytomność.
Kwon Taekjoo spojrzał na niego, po czym skierował się do wybitej szyby.
To była jedyna droga ucieczki.
Wtedy…
Pod wodą ponownie rozległy się strzały.
Kwon Taekjoo natychmiast cofnął się i schował za karoserią.
Przez wodę nie słyszał wyraźnie, ale wyglądało na to, że śmigłowiec zawisł tuż nad powierzchnią rzeki.
Silny podmuch wirnika wzburzył wodę.
Jego oddech znowu zaczął się załamywać.
Grad pocisków nie ustawał.
Ciała kierowcy i pasażera, który już nie oddychał, były raz po raz przeszywane kulami i bezwładnie szarpane.
Krew rozpływała się w wodzie niczym atrament.
Widoczność Kwon Taekjoo gwałtownie się pogorszyła.
Nie mógł nic zrobić.
Czy Zhenya naprawdę nie wie, że ja też wciąż jestem w środku?!
Strzelał tak, jakby zamierzał nie pozostawić przy życiu żadnej żywej istoty.
Ten szaleniec nie zna żadnych granic.
Kwon Taekjoo z trudem unikał kolejnych pocisków.
Czekał, aż ostrzał ucichnie.
Jednocześnie kończyło mu się powietrze.
Płuca paliły go żywym ogniem.
Jeśli natychmiast nie wypłynie na powierzchnię, udusi się, zanim dosięgną go kule.
W końcu intensywny ostrzał ustał.
Cienie nad wodą zatrzymały się, jakby sprawdzały sytuację.
Wyglądało na to, że atak jeszcze się nie zakończył.
Kwon Taekjoo odbił się nogami i wypłynął przez wybite okno.
Do powierzchni pozostawały zaledwie trzy lub cztery metry.
Musiał wydostać się, zanim Zhenya ponownie otworzy ogień.
Zacisnął zęby i popłynął w górę.
Nagle coś gwałtownie szarpnęło go w dół.
Jego ciało zatrzymało się w miejscu.
Psych Bogdanov chwycił go za kostkę.
Szaleniec spojrzał na niego spode łba i zmarszczył brwi.
Najwyraźniej sam również nie uniknął kul.
Z lewego ramienia nieustannie wypływała krew.
Kwon Taekjoo bez litości kopnął go w twarz.
Po kilku kolejnych kopnięciach uścisk zaczął słabnąć.
To jednak nie był koniec.
Bogdanov puścił nogę tylko po to, by natychmiast złapać go za szyję.
Jakby postanowił, że jeśli ma umrzeć, zabierze go ze sobą.
Kwon Taekjoo uderzył go pięścią.
Bogdanov próbował uniknąć ciosu.
Kwon Taekjoo wykorzystał ten moment, objął go ramieniem za szyję i z całej siły odepchnął.
Obaj zaczęli szamotać się pod wodą.
Bogdanov usiłował zacisnąć dłonie na jego gardle.
Rana postrzałowa kosztowała go jednak zbyt wiele krwi.
Brakowało mu sił.
Każdy oddech był dla niego męczarnią.
Sam Kwon Taekjoo również był u kresu wytrzymałości.
Bogdanov drapał go po ramieniu, próbował się wyrywać i rozpaczliwie walczył.
Po chwili jego ruchy stały się coraz słabsze.
Ręce i nogi zaczęły bezwładnie opadać.
Kwon Taekjoo odczekał jeszcze kilka sekund.
Dopiero wtedy go puścił.
Ogromne ciało, które przestało się poruszać, powoli opadło w głąb rzeki.
Kwon Taekjoo patrzył, jak pobladła twarz stopniowo znika pod wodą.
Dopiero wtedy odbił się nogami od dna i popłynął ku powierzchni.
Gdy tylko wynurzył głowę, całe jego ciało jakby nagle spuchło.
Powietrze, które przez tak długi czas wstrzymywał, wyrwało się z jego płuc.
Zachłannie łapał kolejne hausty lodowatego powietrza.
Każdy oddech palił go w klatce piersiowej i drogach oddechowych.
Szeroko otworzył oczy.
Dopiero po chwili dotarło do niego przenikliwe zimno.
Rozchylone usta zaczęły mimowolnie szczękać.
Musiał jak najszybciej wydostać się z wody.
Po walce z Bogdanovem jego kończyny były jednak zupełnie pozbawione sił.
Nie potrafił zrobić nic więcej poza unoszeniem się na powierzchni.
Nagle ktoś chwycił go za kołnierz i wyciągnął na brzeg.
— Kh…
Kwon Taekjoo zwymiotował ogromną ilością wody zalegającej w płucach.
Kaszlał tak długo, aż rozbolało go gardło, a przed oczami zaczęło mu wirować.
Bolał go również brzuch, w który wcześniej uderzył go Bogdanov.
Usiadł, pochylając się do przodu i obejmując się ramionami.
Powieki lekko mu drżały.
Przed jego oczami pojawiła się para długich, prostych nóg.
Powoli uniósł wzrok.
Od spiczastych czubków eleganckich butów…
…aż do uśmiechniętej twarzy.
To był Zhenya.
— Czyli jednak żyjesz?
— Dzięki tobie niewiele brakowało, a bym zginął.
Kwon Taekjoo znów zakaszlał i zacisnął zęby.
— Co z tamtym?
— Uparcie trzymał się mnie jak wodny upiór, więc odesłałem go z powrotem do piekła.
— mruknął.
— Całkiem nieźle.
Kwon Taekjoo rzucił mu chłodne spojrzenie i z trudem wstał.
Woda nieustannie ściekała z jego ubrania.
Przemoczona odzież błyskawicznie zamarzała na lodowatym powietrzu.
Płuca, nadal pełne wody, pracowały coraz gorzej.
Choć łapczywie nabierał powietrza, wciąż miał wrażenie, że się dusi.
Musiał jak najszybciej się ogrzać.
Ruszył przed siebie.
Zhenya nagle zastąpił mu drogę.
— To wygląda dość dziwnie.
— Co?
Zhenya lekko klepnął go w policzek.
Kwon Taekjoo odruchowo dotknął twarzy.
Sztuczna skóra została uszkodzona podczas wcześniejszej eksplozji i wypadku samochodowego.
Westchnął i przesunął palcami po odklejającym się fragmencie maski.
Wzrok Zhenyi śledził każdy ruch jego dłoni.
Choć powiedział, że wygląda to dziwnie, bardziej przypominał kogoś, kto z czystej ciekawości zastanawia się, jak wyglądałoby całkowite zerwanie tej sztucznej skóry.
Kwon Taekjoo udał, że nie dostrzega jego zainteresowania.
Zmęczony ominął go i ruszył dalej.
Zhenya spokojnie podążył za nim.
— Dlaczego po prostu jej nie zdejmiesz?
Kwon Taekjoo nawet nie próbował odpowiadać na tę absurdalną ciekawość.
Zignorował go i skierował się w stronę głównej ulicy.
Wiatr znad rzeki uderzał w jego przemoczone ciało.
Zimno przeszywało go do szpiku kości.
Zęby znowu zaczęły mu szczękać.
Mimowolnie spojrzał na Zhenyę.
Tamten miał na sobie gruby futrzany płaszcz.
Kwon Taekjoo zadrżał jeszcze mocniej.
Zhenya jedynie spojrzał na niego spokojnie, jakby pytał:
Dlaczego tak wyglądasz?
Oczywiście nie był na tyle uprzejmy, by oddać własny płaszcz partnerowi, nawet gdyby ten miał za chwilę zamarznąć.
Kwon Taekjoo szybko porzucił wszelkie nadzieje.
Podniósł rękę i zatrzymał nadjeżdżającą taksówkę.
Samochód zwolnił…
…po czym nagle przyspieszył i odjechał.
Boją się, że pobrudzi siedzenia?
A może po prostu przestraszył ich mój wygląd?
To samo wydarzyło się z kolejnymi trzema albo czterema taksówkami.
Za każdym razem, gdy żadna nie chciała się zatrzymać, Zhenya cicho się śmiał.
Kwon Taekjoo nie oczekiwał od niego pomocy.
Mimo to jego zachowanie coraz bardziej działało mu na nerwy.
Końcówki palców u rąk i nóg stopniowo traciły czucie.
— Niezależnie od tego, jak na to patrzę… wszystko przez to.
Zhenya, który cały czas mu się przyglądał, ponownie zaczął się z niego nabijać.
Kwon Taekjoo spojrzał na niego z irytacją.
Zhenya wyciągnął rękę i lekko dotknął jego policzka opuszkami palców.
— Naprawdę musisz być aż tak uparty?
Kwon Taekjoo nie odpowiedział.
Nie dlatego, że nie miał nic do powiedzenia.
Po prostu było mu tak przeraźliwie zimno, że nie miał już siły o tym myśleć.
Zainteresowanie Zhenyi sprawiło, że Kwon Taekjoo również zaczął zwracać uwagę na swoją twarz.
Odruchowo dotknął odklejającego się fragmentu sztucznej skóry, który poruszał się na wietrze.
Nagle coś błyskawicznie znalazło się tuż przy jego twarzy.
Kwon Taekjoo instynktownie odskoczył i odtrącił zbliżającą się dłoń.
Ręka Zhenyi zawisła w powietrzu.
Przez krótką chwilę ich spojrzenia się spotkały.
Na twarzy Zhenyi nie było już wcześniejszego, drwiącego uśmiechu.
Lekko zmrużone oczy błyszczały dziwnym zainteresowaniem.
— Dlaczego mnie unikasz?
— A ty dlaczego ciągle próbujesz się do mnie zbliżyć?
Kwon Taekjoo odpowiedział z wyraźnym niezadowoleniem.
Zhenya jednak całkowicie to zignorował i ponownie wyciągnął rękę.
— Nie rób tego.
Kwon Taekjoo złapał go za nadgarstek, próbując go powstrzymać, jednocześnie odchylając głowę do tyłu.
W następnej chwili druga dłoń Zhenyi błyskawicznie chwyciła go za podbródek.
— …!
Zanim zdążył zaprotestować, oderwał fragment sztucznej skóry.
Podrażniona powierzchnia twarzy natychmiast zapiekła ostrym bólem.
Kwon Taekjoo zmarszczył brwi.
Przez chwilę miał zamknięte oczy, zaciskając zęby z bólu.
Kiedy je otworzył, Zhenya stał tuż przed nim.
Patrzył na niego, jakby zobaczył coś niezwykle interesującego.
Jego jasne, przejrzyste oczy powoli przesuwały się po każdej linii twarzy Kwon Taekjoo.
Po chwili omiótł wzrokiem całe jego ciało, od stóp do głów, a następnie ponownie wrócił do jego twarzy.
Na jego ustach pojawił się ledwie dostrzegalny uśmiech.
Ta reakcja jeszcze bardziej zaskoczyła Kwon Taekjoo.
Przecież powinien znać jego prawdziwą twarz z fotografii.
Oczywiście zdjęcie i rzeczywistość nigdy nie wyglądają identycznie.
Do tego Zhenya był już przyzwyczajony do wyglądu Hiro Sakamoto.
Możliwe więc, że prawdziwa twarz Kwon Taekjoo wydawała mu się obca.
Ale czy naprawdę było w niej coś, czemu warto przyglądać się aż tak uważnie?
Zhenya oglądał go od stóp do głów.
Z jakiegoś powodu Kwon Taekjoo miał wrażenie, jakby stał przed nim zupełnie nagi.
Nie chodziło jedynie o odsłonięte ciało.
Miał wrażenie, że obnażone zostały również wszystkie jego myśli i emocje.
To uczucie było niezwykle nieprzyjemne.
Czuł się zagrożony.
Po chwili usta Zhenyi poruszyły się.
Słów nie dało się wyraźnie usłyszeć, ale zabrzmiało to mniej więcej jak:
— Chodź…
Lodowaty wiatr znów przeszył ich ciała.
Kwon Taekjoo odruchowo zacisnął dłoń na ręce Zhenyi spoczywającej na jego ramieniu.
Dopiero po chwili uświadomił sobie, co zrobił.
Natychmiast cofnął rękę.
Wrócił na ulicę i ponownie zaczął próbować zatrzymać jakiś samochód.
Żaden życzliwy kierowca nie zamierzał jednak zabierać podejrzanie wyglądającego, przemoczonego cudzoziemca.
Kolejne auta mijały go obojętnie.
Kiedy zimno zaczęło już odbierać mu czucie, ktoś dotknął go w ramię.
Odwrócił głowę.
Przed jego oczami błysnęła elegancka karta.
Zhenya trzymał ją między kciukiem a palcem wskazującym i lekko stukał nią w jego ramię.
— O co chodzi?
— Nie wiadomo, czy później znowu nie zaczną cię obserwować albo szukać. Lepiej wykop sobie norę i dobrze się w niej schowaj.
— Schowaj się?
Kwon Taekjoo zmarszczył brwi.
Czy źle usłyszał?
A może rosyjskie słowo, którego użył Zhenya, miało jakieś inne znaczenie, którego jeszcze nie znał?
Coś w rodzaju „kryjówki” albo „legowiska”?
Nagle rozległ się dźwięk telefonu.
To był telefon Zhenyi.
Spojrzał na wyświetlacz, odebrał i powiedział chłodno:
— Co się stało?
Jego głos różnił się od tego, którym mówił jeszcze chwilę wcześniej.
Nie było w nim ani odrobiny uprzejmości czy swobody.
Brzmiał znacznie chłodniej, sucho i głęboko.
Jak głos zupełnie innego człowieka.
— Rozumiem. Zaraz będę.
Wysłuchał tylko drugiej strony, po czym natychmiast zakończył rozmowę.
Kwon Taekjoo spojrzał na niego.
Skoro byli partnerami, spodziewał się przynajmniej krótkiego wyjaśnienia, kto dzwonił i o co chodziło.
Zhenya jednak nie powiedział ani słowa.
Po prostu machnął ręką w stronę ulicy.
Chwilę później zatrzymała się taksówka.
Zanim Kwon Taekjoo zdążył zapytać, dokąd się wybiera, Zhenya usiadł na tylnym siedzeniu, zamknął drzwi i odjechał.
Kwon Taekjoo został sam.
Stał nieruchomo.
Przemoczone ubranie zdążyło już niemal zamarznąć i było gorsze niż jego brak.
Dłoń, w której trzymał kartę zostawioną przez Zhenyę, była czerwona z zimna i drżała.
Nie miał pojęcia, dokąd powinien teraz pójść.
Nie wiedział nawet, gdzie mógłby znaleźć bezpieczne schronienie.
Nad Moskwą ponownie zawył zimowy wiatr.
Nie miał już nawet siły się kulić.
Patrzył bezmyślnie na pędzące ulicą samochody.
Z głodu ścisnęło go w żołądku.
Dopiero teraz przypomniał sobie, że wciąż nie zjadł śniadania.
Westchnął ciężko.
Nagle ogarnęło go przygnębienie.
Stał tysiące kilometrów od domu, przemarznięty, przemoczony i głodny.
Wyglądał bardziej jak bezdomny niż tajny agent.

Zostaw komentarz