8. Nowa misja: Zhenya
Najpierw musi trzymać się od niego z daleka.
Kwon Taekjoo właśnie zamierzał posłuchać własnego instynktu, gdy z wnętrza marynarki dobiegła go wibracja.
Telefon Hiro Sakamoto znajdował się w zewnętrznej kieszeni, więc musiał to być aparat używany do kontaktu z centralą.
Dyrektor Lim mówił, że prześle mu zdjęcie partnera przydzielonego do tej operacji.
Kwon Taekjoo wsunął rękę do marynarki i wyjął telefon.
Zgadzało się.
Dyrektor Lim przysłał zdjęcie.
Natychmiast je otworzył.
Obraz ładował się przez dwie, może trzy sekundy.
Jedna…
Dwie…
Trzy…
Kwon Taekjoo nacisnął „Pobieranie zakończone”.
Po chwili fotografia wypełniła ekran.
— Hm? To przecież ja.
O mało nie upuścił telefonu.
Czyjś głos niespodziewanie rozległ się tuż obok.
Kwon Taekjoo jedynie opuścił wzrok.
Ogromny cień padł zza jego pleców i całkowicie go przykrył.
Nie musiał się odwracać, żeby wiedzieć, do kogo należał.
Sam intensywny zapach palonego drewna wystarczał, by sparaliżować zmysł węchu.
Ostatecznie przedstawiciele Gazpromu się nie pojawili.
Zebrani zjedli wspólny posiłek, wypili kilka drinków, chwilę porozmawiali, a potem rozeszli się.
Zmęczona długim lotem japońska delegacja również wróciła do swoich pokoi.
Dzięki temu Kwon Taekjoo zakończył obowiązki szybciej, niż się spodziewał.
Prawdziwy problem dopiero się zaczynał.
Nie potrafił nawet wejść do pokoju.
Przez dłuższą chwilę stał nieruchomo przed drzwiami.
Dopiero po głębokim oddechu nacisnął klamkę.
Jego wzrok natychmiast powędrował ku stolikowi stojącemu przy oknie.
Tam siedział ten pieprzony zabójca.
Usiadł bokiem na podłokietniku fotela, wyglądając przez okno, jakby właśnie tam było mu najwygodniej rozprostować długie nogi.
Z jego szerokich barków i mocnych pleców biła przytłaczająca aura.
Jakby wyczuł na sobie spojrzenie, powoli odwrócił głowę.
Światło rozjaśniło włosy, w których złoto mieszało się z bielą.
Długie, delikatnie zarysowane brwi dodawały twarzy subtelności i elegancji.
Gęste rzęsy przesłaniały oczy, w których kryła się dzikość.
Przezroczyste niczym błękit oceanu tęczówki emanowały chłodnym spokojem, tworząc niemal nierealne piękno.
Wysoki, prosty nos naturalnie prowadził wzrok ku ustom.
Na jego twarzy gościł pogodny uśmiech.
Mimo to napięcie ani odrobinę nie zelżało.
Oczy nie potrafią kłamać.
Za tym uśmiechem kryło się coś całkowicie fałszywego.
Choć jego twarz była olśniewająco piękna, Kwon Taekjoo nie czuł wobec niej najmniejszej sympatii.
Gdy ich spojrzenia się spotkały, powietrze wokół zdawało się zamarznąć.
To nie były oczy człowieka.
Przypominały spojrzenie drapieżnika spokojnie obserwującego wijącą się ofiarę.
Mężczyzna uśmiechnął się ciepło do stojącego w progu Kwon Taekjoo.
— Wejdź. Nie bądź taki nieśmiały.
Role gospodarza i gościa całkowicie się odwróciły.
Kwon Taekjoo skinął głową i zaczął zdejmować marynarkę.
Nagle odwrócił głowę.
Intensywny zapach cygara otulał całe pomieszczenie.
Nie był przytłaczający, ale budził w nim silny dyskomfort.
Nie wiedział, czy to przez wspomnienie ich pierwszego spotkania.
Jakby zupełnie nie zauważał niechęci malującej się na twarzy Kwon Taekjoo, mężczyzna wyciągnął rękę.
— Jestem Zhenya.
Kwon Taekjoo wpatrywał się w wyciągniętą dłoń.
To właśnie tą ręką wbił palce komuś w oczy…
Ta myśl pojawiła się natychmiast.
Nieświadomie drgnął, a wraz z nim całe jego ciało.
Długie, jasne palce zatrzymały się tuż przed jego lewą piersią.
Płuca zacisnęły się tak mocno, że przez chwilę nie potrafił swobodnie oddychać.
Po chwili palce zaczęły leniwie poruszać się w powietrzu, jakby specjalnie go drażniły.
Przytłaczające napięcie nieco zelżało.
Na twarzy Zhenyi pojawił się wyraźny cień niezadowolenia.
Parsknął cicho śmiechem i lekko szturchnął Kwon Taekjoo dłonią w bok.
— Nie wyglądasz na szczególnie zadowolonego.
— A dlaczego miałbym być? Ale jeśli pozwolisz mi porządnie cię kilka razy uderzyć, może poczuję się lepiej.
Kwon Taekjoo zacisnął zęby tak mocno, że aż napięła mu się szczęka.
Najwyraźniej Zhenya uznał to za żart.
Roześmiał się tylko cicho i całkowicie zignorował jego słowa.
— Jak masz na imię?
— Wiesz.
— Naprawdę trudno to wymówić. Nie masz jakiegoś prostszego imienia?
— Jeśli jest za trudne, to po prostu mnie nie wołaj.
Po tej stanowczej odpowiedzi Zhenya wpatrywał się w niego przez chwilę.
Na jego ustach wciąż błąkał się długi uśmiech, a w oczach migotał dziwny błysk.
Zapadła cisza.
Kwon Taekjoo zaczął odczuwać coraz większy dyskomfort pod tym nieustannym spojrzeniem, nie wiedząc, jak sobie z nim poradzić.
Po chwili Zhenya odezwał się ponownie.
— Słyszałem, że odwiedziłeś komisariat.
To jedno zdanie przerwało długie milczenie.
Jakby całkowicie zapomniał o wszystkim, co wydarzyło się wcześniej, roześmiał się beztrosko.
Kwon Taekjoo patrzył na niego bez słowa.
Nie.
To nie przypadek.
On mnie obserwował.
Instynkt podpowiadał mu, że nie może pokazać temu człowiekowi nawet najmniejszej słabości.
Zhenya zdawał się w ogóle tego nie zauważać.
Podszedł do minibaru, przejrzał ustawione tam butelki alkoholu i wyjął whisky.
— Nie musisz być aż tak ostrożny. Po prostu pomogłem koledze, który znalazł się w niebezpieczeństwie.
Mówił o czymś zupełnie nienormalnym tak, jakby było najzwyklejszą rzeczą na świecie.
Kwon Taekjoo ani na chwilę nie spuszczał z niego wzroku.
— Od kiedy mnie śledziłeś?
— Od kiedy?
Zhenya uśmiechnął się lekko.
— Od samego początku.
Czyli był na lotnisku od samego początku?
Znalazł odpowiedni moment, żeby się ujawnić, śledził mnie po porwaniu, a potem mnie uratował?
Dlaczego więc wtedy nie zdradził swojej tożsamości?
Jakby odgadł jego myśli, Zhenya nagle się uśmiechnął.
— Centrala kazała mi cierpliwie czekać do dzisiaj. Gdybyś tamtego dnia nie dał się schwytać w tak żałosny sposób, nie miałbym powodu się ujawniać.
Upił łyk whisky i cicho się roześmiał.
Wstyd, który Kwon Taekjoo tak długo próbował stłumić, ponownie odżył.
Człowiek, którego uważał za nieludzkiego potwora o nadludzkiej sile…
…okazał się jego partnerem.
To boleśnie ugodziło w jego dumę.
— Pierwsze wrażenie naprawdę trudno zapomnieć. Zwłaszcza kiedy pokazujesz komuś, jak wbija się palce w oczy.
Kwon Taekjoo odpowiedział z wyraźną ironią.
Nie miał jednak powodu czuć się gorszy tylko dlatego, że tamten był jego partnerem.
Byli po tej samej stronie.
Sama ta świadomość po raz pierwszy od ich spotkania odrobinę rozproszyła jego strach.
Zhenya wydął usta z udawaną urazą.
— Jesteś pacyfistą?
— Po prostu lubię, kiedy wszystko jest estetyczne.
— Czysto i skutecznie? Tak jak zastrzelenie kogoś? Albo wysadzenie go w powietrze? To przecież strasznie nudne.
Pokręcił głową z wyraźnym znużeniem i lekko stuknął się palcem w skroń.
— Pomyśl. Każdy chce być wyjątkowy, prawda? Każdy chciałby, żeby chwila jego ostatniego oddechu była czymś szczególnym. A jak żałosne byłoby zostać sprowadzonym do krótkiego „zginął od postrzału” gdzieś w rogu gazety? Ale gdyby ktoś miał przebite oczy… to już mogłoby trafić na nagłówki. Nie byłoby lepiej?
To były tylko wymówki.
Wymówki psychopaty, który próbował usprawiedliwić własne wypaczone okrucieństwo.
Kwon Taekjoo odpowiedział z chłodną ironią.
— Jeśli kiedyś wpadnę w twoje ręce, zrób mi przysługę i zabij mnie jak najbardziej zwyczajnie.
— Hmm…
Zhenya zamyślił się przez chwilę.
— To trochę trudne… ale mogę się nad tym zastanowić.
Po chwili dodał spokojnie:
— Nie przejmuj się tym aż tak.
— Gdybyś pierwszy mnie nie zaatakował, nic z tego by się nie wydarzyło. Widzisz? Ja tylko się bronię.
— To kto tu właściwie jest pacyfistą?
Kwon Taekjoo odpowiedział na wcześniejsze złośliwe uwagi Zhenyi.
Tamten wybuchnął śmiechem i rzucił mu butelkę whisky, z której właśnie pił.
Mała butelka była już w połowie pusta.
Kwon Taekjoo bez wahania przyłożył ją do ust i dopił resztę.
Alkohol zapiekł go w język i gardło, jakby przełyk stanął w ogniu.
W tej chwili z marynarki, którą wcześniej zdjął, dobiegł dźwięk telefonu.
Odłożył pustą butelkę i wyjął aparat.
Z centrali przyszła kolejna wiadomość.
Po krótkiej chwili oczekiwania ekran wypełniło zdjęcie tajemniczo wyglądającego Rosjanina.
Czy to właśnie ten „Psych Bogdanov”, przed którym kazano mi uważać?
Kwon Taekjoo ledwie zdążył o tym pomyśleć, gdy Zhenya podszedł i bezceremonialnie wyrwał mu telefon z ręki.
— Powiedziano mi, żebym na niego uważał. Znasz go?
Zhenya zmrużył oczy, uważnie obejrzał fotografię, a potem skinął głową.
— Oczywiście.
— Znam go. Bardzo dobrze.
— Jaki to człowiek?
— Lepiej go nie ruszaj. Nigdy nie widziałem, żeby z mieszania się w jego sprawy wynikło coś dobrego.
— Śmierć Morgana ma z nim jakiś związek?
— Morgan? Masz na myśli tego Amerykanina?
Na chwilę się zamyślił.
— Możliwe, że to robota tego wariata. A może nie. Nie zaprzątaj sobie tym głowy. Nie przyjechałeś tutaj po zemstę. Niech on zajmuje się swoimi sprawami, a my zajmijmy się swoimi.
— Skoro nawet ty nazywasz go wariatem, to musi być naprawdę niebezpieczny.
Kwon Taekjoo pokręcił głową.
Zhenya tylko się uśmiechnął.
Gdyby chodziło o Psycha Bogdanova, bez problemu by w to uwierzył.
Nie potrafił sobie wyobrazić, by ktoś taki jak Zhenya nazwał kogokolwiek wariatem bez powodu.
Tak czy inaczej, skoro mieszanie się w tę sprawę nie miało pomóc misji, najlepiej było trzymać się od niej z daleka.
Nie było sensu zawracać sobie głowy kimś, kogo jeszcze nawet nie spotkał.
Teraz najważniejsze było wykonanie zadania.
— Słyszałem, że świetnie orientujesz się w tutejszej polityce i przepływie pieniędzy.
— Oczywiście. Jeśli tylko zechcesz, mogę cię z kimkolwiek skontaktować.
Nie wyglądało na to, by przechwalał się bez pokrycia.
Najwyraźniej zaakceptowanie partnera, którego wcale nie chciał, i wykorzystanie jego możliwości było najlepszym rozwiązaniem.
Problemy, które pojawiły się już pierwszego dnia, zaczynały się powoli rozwiązywać.
Po raz pierwszy od dawna Kwon Taekjoo poczuł ulgę.
Po chwili przeszedł do konkretów.
— Na początek chcę listę ludzi związanych z nielegalnym handlem bronią. Nieważne, czy finansują przedsięwzięcia, uczestniczą w produkcji, czy zajmują się sprzedażą. Jeśli chcemy dotrzeć do „Anastasii”, musimy zacząć właśnie od nich.
Na dźwięk słowa „Anastasia” brwi Zhenyi lekko drgnęły.
Po chwili jednak skinął głową, jakby wszystko zrozumiał, po czym sięgnął po płaszcz i wstał.
— W takim razie przygotujmy się jutro i wtedy porozmawiamy dalej.
Kwon Taekjoo również podniósł się z miejsca i odprowadził go do drzwi.
Był wręcz zaskakująco zadowolony z jego wyjścia.
Szedł tuż za nim, jakby chciał pozbyć się nie tylko samego Zhenyi, ale nawet jego charakterystycznego zapachu.
Sam otworzył drzwi.
Zhenya posłusznie wyszedł.
Zamiast powiedzieć „żegnaj”, Kwon Taekjoo rzucił tylko:
— Do jutra.
I zamknął drzwi.
A raczej… próbował.
Drzwi nie chciały się domknąć.
Spojrzał w dół.
W szczelinie tkwił czubek buta.
Kwon Taekjoo uniósł wzrok z wyraźnym niezadowoleniem.
Zhenya przechylił głowę i lekko pochylił się do przodu, aż ich spojrzenia ponownie się spotkały.
— Powoli zdejmij tę maskę.
Jego cichy śmiech zmieszał się z tymi słowami.
Kwon Taekjoo zmarszczył brwi i tylko na niego patrzył.
Zhenya ponownie się uśmiechnął, wyprostował się i spokojnym krokiem odszedł korytarzem.
Kwon Taekjoo śledził go wzrokiem, dopóki drzwi windy się nie zamknęły.
Dopiero wtedy zamknął drzwi do swojego pokoju.
———
Drzwi windy otworzyły się.
W środku stał mężczyzna.
Ich spojrzenia się spotkały.
Zhenya wszedł do środka i odwrócił się do niego plecami.
Winda szybko ruszyła w dół, a po chwili mężczyzna stojący za nim niespodziewanie się odezwał.
— Co mam zrobić?
Zhenya patrzył na coraz niższe numery pięter wyświetlane na panelu windy, jakby nad czymś się zastanawiał.
Na jego zwykle spokojnej twarzy powoli pojawił się uśmiech.
Mruknął leniwym głosem:
— Wysadź wszystko.
— Nie zostaw ani jednej dziury, w której mógłby się ukryć.
—
Następnego ranka.
Rozległ się dzwonek do drzwi hotelowego pokoju.
Kwon Taekjoo sprawdził maskę na swojej twarzy i spojrzał na zegarek.
Była dopiero ósma rano.
Do planowanego sprzątania zostało jeszcze sporo czasu.
Delegacja nie miała dziś żadnego oficjalnego harmonogramu.
Zhenya?
Jeśli to on… jest znacznie bardziej pracowity, niż wygląda.
Poprawił sztuczną skórę na twarzy i podszedł do drzwi.
Zanim zdążył zapytać, kto przyszedł, zza drzwi dobiegł głos.
— Room service.
Kwon Taekjoo otworzył drzwi z niedowierzaniem.
Najwyraźniej naprawdę się nie przesłyszał.
Na korytarzu stał hotelowy wózek z jedzeniem.
Kelner ubrany w hotelowy uniform ukłonił się uprzejmie.
Kwon Taekjoo wychylił głowę i rozejrzał się po korytarzu.
Było jeszcze wcześnie, więc wszędzie panowała cisza.
Kelner zapytał:
— Czy mogę wejść?
— Chyba pomylił pan pokój.
— Nie, proszę pana. Pokój numer 911.
— Ale nie zamawiałem room service.
— Ach… zamówienie złożył ktoś inny.
— Ktoś inny?
Nie mówcie mi… że to on.
— Przedstawiciel Gazpromu.
— Ach…
Kwon Taekjoo parsknął cicho.
Samo przypuszczenie, że to mógł być Zhenya, wydało mu się absurdalne.
Choć byli partnerami, tamten wciąż był przede wszystkim zabójcą.
Czego można się po nim spodziewać?
Jeżeli jednak śniadanie przysłał przedstawiciel Gazpromu, zapewne była to forma przeprosin za wczorajsze wydarzenia.
Nie tylko nie pojawił się na zorganizowanym przez siebie obiedzie, ale nawet nie wysłał zastępcy.
Gdyby Kwon Taekjoo odmówił przyjęcia posiłku, zapewne znowu zaczęliby się z nim kontaktować.
Nie było sensu zwracać na siebie uwagi przez tak niepotrzebną rzecz.
Skinął głową w stronę salonu.
Kelner lekko się ukłonił i cicho wprowadził wózek do środka.
Kolejne potrawy zostały starannie ustawione na stole przy oknie.
Po ułożeniu sztućców kelner uprzejmie poinformował, że w razie potrzeby wystarczy zadzwonić, po czym opuścił pokój.
Kwon Taekjoo nadal nie rozumiał, skąd taki luksus.
Wszystkie dania przykryto srebrnymi pokrywami.
Mimo to po zapachu bez trudu rozpoznał barszcz, tosty, jajka w koszulkach, owoce i kawę.
Powoli przesunął wzrok po stole.
Na stojaku z notatkami leżała niewielka kartka.
Najwyraźniej dołączono do niej krótkie pozdrowienie.
Obojętnie spojrzał na jej treść.
Znajdowało się na niej tylko jedno słowo.
Trzy wyraźnie zapisane litery.
BUM
Cholera.

Zostaw komentarz