18. Pociąg Transsyberyjski: Jaki typ kobiety lubisz?
! Ten rozdział ponownie zawiera treści o charakterze seksualnym !
Kwon Taekjoo właśnie osuszył ciało i miał wyjść z łazienki, gdy nagle się zatrzymał.
Przed drzwiami stał Zhenya.
Czy wszystko słyszał?
Poczuł lekkie zakłopotanie, ale tylko przez chwilę.
W porównaniu z tym, co sam Zhenya robił bez skrępowania, masturbacja była przecież czymś całkowicie naturalnym.
Nie było powodu, by się jej wstydzić.
Ignorując rozbawione spojrzenie Zhenyi, Kwon Taekjoo ruszył pewnym krokiem w stronę swojego miejsca.
Jednak Zhenya nagle zastąpił mu drogę.
Taekjoo próbował go wyminąć.
Zhenya ponownie zrobił krok i znów go zablokował.
Robi to specjalnie.
Kwon Taekjoo spojrzał na niego z wyraźną niechęcią.
Na ustach Zhenyi pojawił się uśmiech, jakby właśnie na to czekał.
— Przepraszam.
— Przepraszam.
Na jego twarzy nie było jednak nawet cienia skruchy.
Kwon Taekjoo wzruszył tylko ramionami.
— To ja powinienem przepraszać. Za każdym razem po prostu to znoszę.
Odpowiedział chłodno, jakby nie miało to większego znaczenia, po czym minął uśmiechniętego Zhenyę i podszedł do łóżka.
Wyciągnął z torby bieliznę i ubrania.
Nadal był nagi od pasa w górę.
Skoro byli tylko we dwóch i obaj byli mężczyznami, nie przywiązywał do tego większej wagi.
Wręcz przeciwnie, to Zhenya wydawał mu się dziwny. Nawet po kąpieli czy seksie zawsze natychmiast zakładał ubranie i nigdy nie pokazywał zbyt wiele skóry.
Kwon Taekjoo właśnie podciągał bokserki, gdy nagle odwrócił się.
Poczuł na sobie czyjś wzrok.
Oczywiście był to Zhenya.
Bez skrępowania obserwował go od dłuższego czasu i nawet przyłapany nie wyglądał na speszonego.
Kwon Taekjoo rzucił mu chłodne spojrzenie i naciągnął na siebie koszulkę.
— Jak to jest uprawiać seks z mężczyzną?
Zhenya zapytał nagle, nie odrywając wzroku od jego klatki piersiowej.
Taekjoo ze złością poprawił podwiniętą pod pachami koszulkę.
— Nawet nie chcę sobie tego wyobrażać.
— Hm… Tak właśnie myślałem. Chyba nie byłbyś tym zachwycony. Marudzący facet o tak opalonej skórze nie wygląda zbyt uroczo.
Na krótką chwilę Kwon Taekjoo mimowolnie coś sobie wyobraził.
Natychmiast oprzytomniał.
Potrząsnął głową, chcąc pozbyć się niepotrzebnych myśli.
Jeszcze chwila, a zrobi mi się niedobrze.
— Przestań mówić takie obrzydliwe rzeczy. To wcale nie jest śmieszne.
Usiadł przy monitorze z poważnym wyrazem twarzy, przeczesał dłonią wilgotne włosy i ponownie skupił uwagę na obrazie z ukrytej kamery.
Hong Yeowook od dwóch dni praktycznie się nie ruszał.
Wciąż siedział w tym samym miejscu i czytał tę samą książkę.
Kwon Taekjoo sprawdził nawet jej tytuł i treść, ale nie znalazł w niej niczego podejrzanego.
Nadal nie pojawił się żaden kontakt ze strony Bogdanova.
Od czasu do czasu ktoś zamienił z Hong Yeowookiem kilka słów, lecz były to zupełnie zwyczajne rozmowy.
Nie opuszczał swojego miejsca na dłużej, nie korzystał z żadnych urządzeń komunikacyjnych i nie kontaktował się z nikim z zewnątrz.
Kiedy w końcu Bogdanov zamierza się z nim skontaktować? I w jaki sposób?
Kwon Taekjoo był całkowicie pochłonięty obserwacją monitora, gdy nagle stół lekko się poruszył.
Zhenya postawił na nim butelkę wódki, tequili i koniaku.
Najwyraźniej zamierzał się napić.
Przed nimi postawił dwa puste kieliszki.
Następnie wyjął cygaro znanej marki.
Już samo eleganckie pudełko zdradzało, że była to limitowana edycja przygotowana z okazji czterdziestolecia marki.
Zhenya nalał odrobinę koniaku do kieliszka, po czym wyjął cygaro Cohiba.
Delikatnie zwilżył jego końcówkę alkoholem, odpalił je specjalną zapalniczką i spokojnie zaciągnął się kilka razy, aż żar równomiernie objął całą końcówkę.
Po chwili w powietrzu rozszedł się charakterystyczny aromat Cohiba Behike.
— Tak smakuje znacznie lepiej.
Zhenya podał zapalone cygaro Kwon Taekjoo.
Nie było powodu odmawiać.
Taekjoo bez słowa wziął je i wsunął między usta.
Gęsty aromat natychmiast wypełnił jego usta.
Dym otulił podniebienie i powoli spłynął do gardła.
Na moment wydawało mu się, że zarówno jego myśli, jak i wzrok również spowija dym.
Zhenya wyjął kolejne cygaro, obserwując, jak Taekjoo przyzwyczaja się do nowego smaku.
Następnie nalał koniaku również do jego kieliszka.
— Zastanawiałem się, czy przypadkiem nie jesteś z tamtej strony.
— Z której?
— Skoro nawet widok półnagiej kobiety tuż przed tobą nie zrobił na tobie żadnego wrażenia, pomyślałem, że może po prostu nie podobają ci się kobiety.
Kwon Taekjoo parsknął cicho śmiechem.
Patrzył, jak Zhenya dolewa koniak, po czym zaciągnął się cygarem i lekko wykrzywił usta.
— Jak można aż tak się pomylić? Lubię kobiety. Nawet gdyby świat się skończył i zostali na nim sami mężczyźni, i tak nie zainteresowałbym się żadnym z nich.
Kwon Taekjoo wyznaczył wyraźną granicę.
Już sama myśl o czymś takim przyprawiała go o dreszcze.
Zhenya uśmiechnął się, ponownie napełniając pusty kieliszek.
Mruknął bardziej do siebie niż do niego:
— Rozbudzanie cudzych oczekiwań też bywa kłopotliwe.
Kwon Taekjoo zmarszczył brwi.
— Co masz na myśli?
Zhenya jednak, jak gdyby nigdy nic, zmienił temat.
— To jaki typ kobiet ci się podoba?
— Co? Chcesz mnie z kimś wyswatać? Tego bym się po tobie nie spodziewał.
— Po prostu wolę wiedzieć. Gdybym przypadkiem uwiódł dziewczynę, która jest dokładnie w twoim typie, zrobiłoby się niezręcznie.
— Niezręcznie? Ty naprawdę przejmujesz się czymś takim?
Nawet na tak otwartą uszczypliwość Zhenya odpowiedział jedynie uśmiechem.
Przechylił głowę i upił łyk koniaku.
Przyjemne ciepło zaczęło rozlewać się po ciele, a Kwon Taekjoo nabrał ochoty na kolejną porcję alkoholu.
Wyciągnął rękę po butelkę, lecz Zhenya złapał ją pierwszy i zatrzymał go.
Ich spojrzenia się spotkały.
— No? — powiedział cicho. — Mów.
Taekjoo westchnął z irytacją.
— Lubię kobiety z dużym biustem i szerokimi biodrami. Wolę, kiedy są trochę pełniejsze niż przesadnie szczupłe.
— Masz bardzo przewidywalny gust.
— To chyba lepsze niż nie mieć żadnego.
— Obrażasz mnie. Kto powiedział, że ja nie mam gustu? Jestem bardzo wybredny.
— Sam fakt, że to ty mówisz o guście, jest już obrazą.
Kwon Taekjoo z przekąsem zabrał mu butelkę i nalał sobie alkoholu.
Zhenya zaczął mówić o czymś, o co nawet nie pytał.
— Nie lubię komplikacji. Raz z kimś się przespać jest zabawnie, ale powtarzać to z tą samą osobą? To już nudne.
Oczywiście.
Po kimś, kto zmieniał partnerki częściej niż ubrania, trudno było oczekiwać wierności.
Na świecie nie brakowało ludzi, którzy preferowali krótkie, niezobowiązujące relacje — jednonocne przygody czy układy oparte wyłącznie na seksie.
Dla nich liczyła się wspólna przyjemność, a nie odpowiedzialność czy zobowiązania.
Mimo wszystko Kwon Taekjoo uważał, że człowiek powinien zachować choć odrobinę szacunku do samego siebie.
A Zhenya nawet nie próbował ukrywać swojej rozwiązłości.
Choć wiedział, że to bezsensowne pytanie, i tak je zadał.
— Czyli nigdy nie spotykałeś się z tą samą osobą dłużej…?
— Nigdy.
Odpowiedź padła natychmiast.
Czyli nigdy nie był w poważnym związku.
Właściwie trudno było wyobrazić sobie Zhenyę zakochanego albo tęskniącego za kimś.
Im bardziej Kwon Taekjoo wracał pamięcią do ich wspólnych chwil, tym wyraźniej uświadamiał sobie, że nigdy nie widział w nim choć odrobiny szczerości wobec jakiejkolwiek kobiety.
Jaka dziewczyna mogłaby liczyć na jego uczucia?
Już sama myśl wydawała się smutna.
— Ale kto wie? Gdyby trafił się ktoś naprawdę silny… ktoś, kto lubi się stawiać i nie psuje się, nawet gdy można z nim robić, co się chce… To byłoby ciekawe. Chciałbym sprawdzić, jak długo dałoby się taką osobę kontrolować.
Im dłużej Kwon Taekjoo słuchał, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że gust Zhenyi jest równie wypaczony jak on sam.
Zresztą nie było to zaskoczeniem.
Od początku nie wyglądał na człowieka zdolnego do stworzenia normalnego związku czy założenia rodziny.
Takie spokojne, dojrzałe życie zupełnie do niego nie pasowało.
Gdyby był zwyczajnym człowiekiem, nie siedziałby teraz tutaj.
Tak naprawdę sytuacja Kwon Taekjoo również nie wyglądała wiele lepiej.
Jaka kobieta byłaby szczęśliwa z mężem, który nigdy nie mówi, czym się zajmuje, rzadko bywa w domu i bez przerwy wyjeżdża na kolejne misje?
Spełnienie marzenia jego matki o bezpiecznej pracy i szczęśliwej rodzinie wydawało się bardzo odległe.
Nagle Zhenya zmienił temat.
— Słyszałem, że Koreańczycy nawet jako dorośli nie potrafią odciąć się od rodziców. To prawda?
To pytanie zaskoczyło Kwon Taekjoo.
Spojrzał na niego podejrzliwie.
Zhenya skinął głową.
— Regularnie dzwonisz do domu i zdajesz raport.
— A co? Jesteś ciekawy?
— Skoro sam przyznałeś, że jesteś synkiem mamusi, nie muszę być szczególnie ciekawy.
— Moja matka jest po prostu… trochę inna.
Taekjoo westchnął.
Nigdy wcześniej nikomu nie opowiadał o swojej rodzinie.
Nawet szef Lim znał jedynie ogólny zarys jego sytuacji.
Dlaczego więc mówię o tym właśnie jemu?
Może dlatego, że po zakończeniu tej misji już nigdy więcej się nie spotkamy.
Nie wiedział, czy to odpowiedzialne, ale nie miało już znaczenia.
— Mój dziadek, ojciec i starszy brat… wszyscy byli żołnierzami. I wszyscy zginęli podczas służby. Zostałem jedynym mężczyzną w rodzinie, więc mama zaczęła się o mnie panicznie bać. Korea ma wysoki wskaźnik wypadków drogowych, więc od śmierci ojca nawet nie pozwalała mi prowadzić samochodu. Z biegiem lat było tylko gorzej… A kiedy zginął mój brat, nie potrafiła już znieść nawet tego, że długo nie ma mnie w domu.
Zhenya spoważniał.
Kwon Taekjoo zaśmiał się cicho.
— W końcu każdy kiedyś umrze.
To miało być pocieszenie?
Kwon Taekjoo nie rozumiał, jak można dojść do takich wniosków.
Powiedzieć matce, która nie może spać z niepokoju o syna, że „przecież każdy kiedyś umrze”?
Przy kimś takim jak Zhenya, z jego sposobem myślenia, zachowaniem i emocjami, nie sposób było nie zastanawiać się nad jego rodziną.
Jak trzeba dorastać, żeby wyrosnąć na kogoś tak emocjonalnie wybrakowanego?
Kieliszek Kwon Taekjoo znów był pusty.
Odczekał chwilę.
Zhenya siedział nieruchomo, jakby niczego nie zauważył.
Mógł nalać sobie sam, ale tym razem tego nie zrobił.
Zamiast tego lekko stuknął pustym kieliszkiem o blat.
Dopiero wtedy Zhenya powiedział ciche:
— Ach.
I nalał mu tequili.
Kwon Taekjoo opróżnił kieliszek jednym haustem, po czym oblizał wierzch dłoni.
Przyjemny posmak alkoholu rozlał się po języku.
— Szkoda, że nie ma limonki.
— Och? To takie rzeczy lubisz? Gdybym wiedział wcześniej, przygotowałbym kobiety i limonki.
Zhenya zaśmiał się cicho, jakby właśnie wpadł na zabawny pomysł.
Przy okazji lekko musnął palcami obojczyk Kwon Taekjoo.
— Dobra. Teraz porozmawiajmy o tobie.
— O czym?
— O oczywistych rzeczach. O rodzinie, zmartwieniach. O takich sprawach.
— Hmm. Jeśli naprawdę chcesz wiedzieć, mam mnóstwo rodzeństwa. Dzięki temu nie muszę spełniać oczekiwań rodziców. Kiedy się nudzę, znajduję sobie kobietę. Nie interesuje mnie natomiast podglądanie, jak inni uprawiają seks albo się masturbują. A już na pewno nie podczas misji.
Po raz kolejny zakpił z Kwon Taekjoo, po czym posłał mu swój charakterystyczny, fałszywy uśmiech.
— Twoi rodzice wiedzą, jaki naprawdę jesteś?
— A jaki niby jestem?
— Taki, który zabija każdego, kto go zirytuje.
— Chyba źle to rozumiesz. Nigdy nie atakuję niewinnych ludzi. Mówiłem ci już wiele razy. To zawsze była zwykła samoobrona.
— Nazwijmy rzeczy po imieniu. To nie samoobrona, tylko przesadna reakcja.
— Broniłem się, bo naprawdę chcieli mnie skrzywdzić. Gdybym był słabszy niż teraz, to ja bym zginął, a nie oni.
To było beznadziejne.
Zhenya wciąż uważał się za ofiarę.
Jakby naprawdę wierzył, że w każdej z tych sytuacji nie miał innego wyjścia.
Twierdzić, że zabicie człowieka tylko dlatego, że był zbyt głośny albo kogoś śledził, jest usprawiedliwione…
Kwon Taekjoo aż cmoknął z dezaprobatą.
Nie zamierzał jednak marnować czasu na moralizowanie.
Dopóki Zhenya nie zagrażał jemu, było mu obojętne, dokąd chodzi i co robi.
Żeby kogoś pouczać, trzeba jeszcze wierzyć, że to coś zmieni.
Atmosfera zrobiła się nieco swobodniejsza, więc Kwon Taekjoo postanowił zadać pytanie, które od dawna go nurtowało.
— Z zewnątrz wyglądasz na człowieka, któremu pieniędzy nie brakuje. Więc dlaczego bierzesz udział w tej operacji?
— Już ci mówiłem.
To prawda.
Brał w niej udział wyłącznie dla planów.
Kiedy je zdobędzie, będzie mógł stworzyć broń i zarobić fortunę.
Ale im dłużej Kwon Taekjoo nad tym myślał, tym mniej to rozumiał.
— Nawet bez tych planów chyba już siedzisz na górze pieniędzy.
— Nigdy nie ma za dużo pieniędzy.
— I tak nie zabierzesz ich ze sobą do grobu. Chyba że marzysz o nieśmiertelności? A może pieniądze znaczą dla ciebie tyle, że bez wahania sprzedałbyś własny kraj?
— Nie wiedziałem, że aż tak się o mnie martwisz.
— Po prostu nigdy wcześniej nie spotkałem kogoś takiego jak ty. Zwykle można mniej więcej przewidzieć, jaki ktoś jest. Ciebie nie da się przewidzieć w ogóle. Dlaczego jesteś takim… bogatym wariatem? Masz wszystko, a mimo to… Ach. To zabrzmiało niegrzecznie. Nie o to mi chodziło.
Nawet gdy został nazwany „bogatym wariatem”, Zhenya nie zmienił wyrazu twarzy.
Spokojnie odpowiedział:
— Bo wydaje się to ciekawe. Jeśli coś mnie interesuje, robię to. Takie okazje nie zdarzają się często.
Mówił o ryzykowaniu życiem tak, jak inni rozmawiają o sporcie ekstremalnym.
Byłoby znacznie bardziej ludzkie, gdyby po prostu przyznał, że robi to dla pieniędzy.
Ale od człowieka takiego jak Zhenya trudno było oczekiwać normalnej odpowiedzi.
Po chwili wyprostował się.
Światło padające na jego włosy sprawiło, że zalśniły jeszcze mocniej.
Nie były ani typowo blond, ani platynowo białe.
Jednak przy każdym ruchu odbijały światło tak intensywnie, że trudno było od nich oderwać wzrok.
— Słyszałem, że wśród Rosjan naturalni blondyni nie są zbyt części. Ten kolor włosów odziedziczyłeś czy farbujesz?
Kwon Taekjoo przyglądał mu się uważnie.
Zhenya natychmiast pochylił się w jego stronę.
Jasne, niemal kości słoniowej włosy wypełniły całe jego pole widzenia.
— To mutacja genetyczna. Nikt w mojej rodzinie nie ma takiego koloru włosów. Chcesz dotknąć?
— Nie.
Kwon Taekjoo odmówił bez chwili wahania.
Zhenya tylko uśmiechnął się z zadowoleniem i znów się wyprostował.
Rozmowa dopiero się rozkręcała, a za oknem zdążyło już zrobić się ciemno.
Dzień spędzony w zamkniętym przedziale zwykle dłużył się niemiłosiernie.
Tym razem było inaczej.
Może dlatego, że od rana wydarzyło się tak wiele.
A może dlatego, że Kwon Taekjoo był już lekko pijany.
Im więcej pił, tym bardziej opuszczało go napięcie.
Nawet ciało wydawało się lżejsze.
Zhenya po raz kolejny napełnił jego pusty kieliszek.
Nim się obejrzał, znów był pusty.
— Dobrze ci wchodzi?
— Chyba tak. Nigdy wcześniej się nie upiłem, więc nie wiem, gdzie leży mój limit. Ale na razie wszystko jest w porządku.
— Naprawdę?
Zhenya spojrzał na niego z udawaną podejrzliwością i ponownie zaczął go prowokować.
Kwon Taekjoo nie dał się jednak wciągnąć.
Nawet pod tym rozbawionym spojrzeniem pił swoim własnym tempem.
Nie znosił tracić kontroli.
Nigdy nie chciał znaleźć się w sytuacji, w której nie byłby w stanie się bronić.
Zwłaszcza przy kimś takim jak Zhenya.
Może nic by się nie stało.
Może cała ta ostrożność była zupełnie niepotrzebna.
Może była tylko bezsensowną grą psychologiczną.
Mimo to Kwon Taekjoo nie zamierzał ryzykować życia przed człowiekiem, któremu wciąż nie potrafił zaufać.
Ich rozmowa stopniowo traciła sens.
Nalewanie alkoholu i opróżnianie kolejnych kieliszków powtarzało się bez końca, jak monotonna gra, która skończy się dopiero wtedy, gdy jedno z nich odpuści.
Kwon Taekjoo mógł przestać pić w każdej chwili.
Jeśli jednak miał wybór, wolał doprowadzić do tego, by to Zhenya pierwszy się upił.
Język Kwon Taekjoo stopniowo zdrętwiał.
Przestał już czuć charakterystyczną ostrość alkoholu. Miał wrażenie, jakby pił zwykłą wodę.
Nieustanne pieczenie w gardle sprawiało, że coraz bardziej chciało mu się pić, więc bezwiednie opróżniał kolejne kieliszki, nawet nie licząc, ile już wypił.
Mimo to świadomość wciąż nie odpływała.
Od zawsze dobrze znosił alkohol.
Problem polegał na tym, że jego przeciwnik również.
Obraz przed oczami stawał się coraz bardziej zamglony.
Zhenya także przestał wyglądać jak zwykle.
Od czasu do czasu obaj rozlewali alkohol nie do kieliszków, lecz na stół, dywan albo własne ubrania.
Wszystko było mokre.
Puste butelki walały się po całym przedziale.
Zaczęli piątą.
Im bardziej Kwon Taekjoo się upijał, tym bardziej puszczały mu hamulce.
Przerzucali się coraz bardziej absurdalnymi żartami, uderzali pięściami w stół i śmiali się do rozpuku.
W pewnym momencie nawet otworzył okno i zaczął wykrzykiwać coś na cały głos.
Gdyby był trzeźwy, nigdy by czegoś takiego nie zrobił.
— Gdyby szef Lim zobaczył mnie w takim stanie… chyba dostałby zawału.
Zaśmiał się i mruknął pod nosem.
Nalał sobie kolejny kieliszek.
Nagle przechylił głowę.
W przedziale zrobiło się dziwnie cicho.
Wciąż było słychać tylko miarowy stukot kół pociągu o tory.
Poza tym nic.
Jakby mówił sam do siebie.
Spojrzał w dół.
Alkohol wylał się z kieliszka i zmoczył mu kolana.
Dopiero wtedy zauważył, że Zhenya od dłuższego czasu się nie odzywa.
Uniósł głowę.
Zhenya siedział z założonymi rękami i mocno zamkniętymi oczami.
Oddychał powoli i głęboko.
Jego klatka piersiowa rytmicznie unosiła się i opadała.
Wyglądał, jakby naprawdę zasnął.
Kwon Taekjoo wyciągnął rękę i szturchnął go.
Żadnej reakcji.
Na jego twarzy pojawił się szeroki, zadowolony uśmiech.
— I to już wszystko, na co cię stać… paniczyku.
Pokręcił głową z rozbawieniem.
To nie był żaden konkurs w piciu, a jednak świadomość, że naprawdę udało mu się pokonać Zhenyę, sprawiała mu dziecięcą satysfakcję.
Pewnie dlatego, że sam był już porządnie pijany.
Uniósł kieliszek pełen wódki niczym toast za zwycięstwo.
Prawie połowa zawartości wylała się po drodze.
Prawa ręka, która trzymała szkło, także była już mokra.
Chwiejnym ruchem opuścił rękę i z trudem przyłożył kieliszek do ust.
Do środka trafiła jedynie resztka alkoholu.
Chwilę później całe jego ciało zachwiało się.
Górna część tułowia opadła ciężko na stół.
Ręka z kieliszkiem bezwładnie zwisła.
W przedziale zapadła całkowita cisza.
Słychać było jedynie jego spokojny, głęboki oddech.
Po całym dniu był wyczerpany, a alkohol zrobił swoje.
Zasnął natychmiast.
Jego plecy miarowo unosiły się i opadały.
—
Nie wiadomo, ile czasu minęło.
Zhenya, który jeszcze przed chwilą wyglądał na pogrążonego we śnie, nagle otworzył oczy.
Bez najmniejszego wysiłku.
Jakby w ogóle nie spał.
Jakby ani trochę się nie upił.
Pozbawione emocji, spokojne spojrzenie spoczęło na Kwon Taekjoo.
Zhenya sięgnął po ręcznie zwijanego cygara.
Odciął zwęgloną końcówkę specjalnym obcinaczem, po czym zapalił je zapalniczką.
Po chwili charakterystyczny dym rozszedł się po przedziale.
Przez cały ten czas nie odrywał wzroku od Kwon Taekjoo.
A właściwie od jego wyciągniętej dłoni.
Odruchowo zacisnął obcinacz do cygar.
Metalowe ostrza wydały cichy dźwięk.
Klik. Klik.
Długimi, jasnymi palcami delikatnie przesunął po dłoni Kwon Taekjoo.
Powoli prześledził każdą linię na jego skórze.
Następnie lekko pochylił głowę.
W drugiej dłoni obcinacz znów wydał suche:
Klik.
Palcem wskazującym delikatnie uniósł serdeczny palec Kwon Taekjoo.
Na porcelanowo bladej twarzy Zhenyi pojawił się ledwie dostrzegalny, chłodny uśmiech.

Zostaw komentarz