16. Pociąg transsyberyjski: Poznając się (18+)
! Ten rozdział zawiera treści o charakterze seksualnym. Zachowaj ostrożność przed dalszą lekturą !
Pociąg ruszył z Pekinu do Moskwy.
Zapadła spokojna noc, a za oknami rozlała się gęsta ciemność.
Chaos ostatnich wydarzeń zniknął niemal natychmiast po wejściu do wagonu.
Podróż z Pekinu do Moskwy trwała około sześciu dni.
Choć wszyscy zmierzali do tego samego celu, atmosfera w poszczególnych wagonach była zupełnie inna.
W wagonach trzeciej klasy pasażerowie toczyli cichą walkę nawet o najmniejsze odrobiny wygody.
W ciasnym wnętrzu, gdzie miejsca wystarczało jedynie na pryczę, a łóżek nie oddzielały żadne przegrody, ludzie przewracali się z boku na bok, próbując choć trochę zasnąć.
Tymczasem w wagonach pierwszej i drugiej klasy panowała atmosfera ekscytacji nową podróżą i nieznaną krainą.
W trzeciej klasie czuć było natomiast ciężar codziennego życia.
W dusznym, słabo wentylowanym wagonie unosił się stęchły zapach wilgoci.
Rozpłakało się niemowlę.
Wycieńczeni rodzice mogli jedynie bezradnie próbować je uspokoić.
Pozostali pasażerowie marszczyli brwi i odwracali się w ich stronę, zirytowani nieustannym płaczem.
Grupa zmęczonych, niewyspanych żołnierzy popijała tanią wódkę z jednego kubka i głośno się śmiała.
Handlarze upychali swoje pakunki pod siedzeniami innych pasażerów, po czym zakładali zatyczki do uszu, całkowicie odcinając się od otoczenia.
Wyglądało na to, że wieloletnie doświadczenie nauczyło ich, jak przetrwać tak długą podróż.
Pasażerowie drugiej klasy, niezależnie od narodowości, płci czy wieku, szybko zbijali się w grupki.
Do późnej nocy rozmawiali, dzieląc się historiami z podróży, przydatnymi informacjami, rozkładami jazdy i przekąskami. Dla nich było to po prostu częścią wyprawy, dlatego nawet po wielu godzinach nie sprawiali wrażenia zmęczonych.
Natomiast w przedziale specjalnym, jedynym wyposażonym we własną łazienkę, panowała całkowita cisza.
Przez korytarz przechodziło niewiele osób, zarówno w dzień, jak i w nocy, dzięki czemu pasażerowie mogli spokojnie spać na wygodnych łóżkach. Gdy zgłodnieli, wystarczyło pójść do wagonu restauracyjnego. Ceny były absurdalnie wysokie, ale dla nich nie stanowiło to problemu.
Jedyną rzeczą, z której Kwon Taekjoo był naprawdę zadowolony, było wsparcie centrali. Przynajmniej nigdy nie oszczędzali na kosztach podróży ani zakwaterowania.
Tak właśnie pomyślał, kładąc się na łóżku w luksusowym przedziale po obejrzeniu pozostałych wagonów.
To zadowolenie jednak szybko zniknęło.
— Ach… aaah… mmm… mmm…
Brwi Kwon Taekjoo stopniowo się zmarszczyły.
Zamknął oczy i spróbował zasnąć, lecz bezskutecznie.
Pełne podniecenia jęki stawały się coraz głośniejsze i bezlitośnie docierały do jego uszu.
— Aaaah… mmm! Aaa… aaah…!
Wtulił twarz głęboko w poduszkę, a potem nakrył głowę kołdrą.
Mimo to wyraźne odgłosy zza ściany nie znikały.
Im głośniejsze stawały się uderzenia ciał, tym wyższe były jęki kobiety.
Rytmiczny dźwięk odbijał się echem, jakby przebijał mu błony bębenkowe.
Ignoruj to. Po prostu ignoruj.
Kwon Taekjoo uspokajał się w myślach niczym podczas recytowania mantry.
Nie było nic dziwnego w tym, że wariat robił szalone rzeczy.
Jeśli już kogoś należało obwiniać, to nie Zhenyę, lecz centralę, która wyznaczyła właśnie jego na partnera.
Kwon Taekjoo nigdy wcześniej nie wiedział, czym jest bezsenność.
Po zakończonych misjach potrafił spać jak zabity przez wiele godzin.
Nawet podczas krótkich drzemek na służbie zasypiał natychmiast.
Odpowiedni sen i jedzenie były podstawą pracy agenta, dlatego problemy ze snem nie powinny się zdarzać.
Choć metoda była staroświecka, postanowił liczyć owce.
Jedna owca. Dwie owce. Trzy owce. Cztery owce…
— Aaa… haa… haa…!
— …Do cholery.
Kwon Taekjoo usiadł na łóżku.
Światła w przedziale były zgaszone, ale słabe światło wpadające z korytarza wyraźnie oświetlało twarz Zhenyi.
Jego oczy błyszczały w półmroku.
Wyglądało na to, że ich spojrzenia właśnie się spotkały, jednak na twarzy Zhenyi nie pojawiło się nawet odrobinę zakłopotania.
Spódnica kobiety siedzącej na nim była podwinięta aż do talii.
Koszula od munduru wciąż pozostawała na swoim miejscu, dlatego Kwon Taekjoo od razu rozpoznał blond stewardesę, która wcześniej zaprowadziła ich do przedziału po wejściu do pociągu.
Patrzył na nich bez słowa.
Zhenya, zupełnie niewzruszony, ponownie uniósł jej biodra.
Za każdym razem z ust kobiety wydobywał się głośny jęk.
Gdy jej ciało drżało, spojrzenie Kwon Taekjoo mimowolnie zatrzymywało się na Zhenyi.
Zmarszczył brwi.
Po raz kolejny uderzyło go, jak zadziwiające potrafi być ludzkie ciało.
Usiadł z założonymi rękami.
Postanowił sprawdzić, jak bardzo bezwstydny potrafi być Zhenya.
Może tylko mu się wydawało, ale na ustach Zhenyi pojawił się lekki uśmiech.
— Ty… jesteś taki… haa…
Górna część ciała kobiety odchylała się do tyłu.
Jej uda drżały przy każdym gwałtowniejszym ruchu.
Z jej ust nieustannie wydobywały się urywane jęki.
Zhenya nie zwracał na to najmniejszej uwagi.
Na twarzy stopniowo pojawiał się wyraz coraz większej przyjemności.
Nawet jego jasna skóra zaczęła powoli czerwienieć.
Kobieta całkowicie odchyliła głowę do tyłu i bezwładnie zadrżała.
Jej kolana były szeroko rozchylone, lecz głęboka penetracja sprawiła, że nie była w stanie utrzymać równowagi. Drżała od narastających doznań, a jej już wcześniej urywany oddech na moment całkowicie zamarł.
— Haa… haa… aaah…!
Po chwili z jej ust wyrwał się głośny krzyk.
W tym samym momencie ciało Zhenyi również napięło się, a on po raz pierwszy wyraźnie zmarszczył brwi.
Spojrzenie Kwon Taekjoo mimowolnie zatrzymało się na jego twarzy.
Nie zrobił tego celowo, ale zaskakiwało go, że ktoś, kto zawsze zachowywał spokój w każdej sytuacji, również potrafił ulec najbardziej pierwotnym instynktom.
Na tę myśl jego serce zabiło tak gwałtownie, że aż poczuł skurcz w piersi.
Po wszystkim Zhenya odsunął się od kobiety.
Kwon Taekjoo odwrócił wzrok.
Żaden mężczyzna nie potrafiłby spokojnie zaakceptować sytuacji, w której współlokator tak ostentacyjnie zaznacza swoją obecność we wspólnej przestrzeni.
Otworzył okno, żeby przewietrzyć przedział.
Pęd powietrza, spotęgowany prędkością jadącego pociągu, był tak silny, że odruchowo się skulił.
—
Kiedy Zhenya skończył korzystać z łazienki, wyszedł już całkowicie ubrany.
Kabina była tak mała, że trudno było się w niej nawet obrócić, a mimo to zdołał doprowadzić się do nienagannego porządku.
Kwon Taekjoo nadal nie potrafił pozbyć się pytań, które od rana nie dawały mu spokoju.
Widząc go skulonego z zimna przy otwartym oknie, Zhenya spojrzał na niego z wyraźnym zdziwieniem.
— Co ty wyprawiasz z taką zmarzniętą miną?
Doskonale wiedział, o co chodzi, a mimo to udawał niewiniątko.
Kwon Taekjoo posłał mu pełne irytacji spojrzenie i z hukiem zatrzasnął okno.
Dopiero wtedy uciążliwy zapach w przedziale wreszcie się ulotnił.
—
Po nieprzespanej nocy od rana był w fatalnym nastroju.
Nie miał apetytu i nie miał najmniejszej ochoty jeść.
Zhenya spojrzał na jego naburmuszoną twarz i uśmiechnął się.
— Nie spodziewałem się, że będziesz siedział i oglądał to z takim spokojem. Normalny człowiek chyba odwróciłby wzrok.
Kwon Taekjoo parsknął.
Czy seks nie powinien być czymś, czym dwoje „normalnych” ludzi zajmuje się na osobności?
Sam fakt, że ten drań mówił o wszystkim tak swobodnie, ścisnął go w żołądku.
Ponieważ Zhenya wyraźnie próbował go sprowokować, odpowiedział spokojnym tonem:
— Dlaczego miałbym odwracać wzrok? Oglądałem przecież darmowy film dla dorosłych w wysokiej jakości.
— No cóż… wysoka jakość to podstawa.
Zhenya skinął głową z pełnym przekonaniem.
To nie był komplement, idioto.
Każdy zrozumiałby, że była to oczywista ironia.
On jednak tylko wyprostował plecy i uniósł podbródek, jakby usłyszał największą pochwałę.
— Widzę, że jednak potrafisz mówić rzeczy, które poprawiają ludziom humor.
Nieważne, jak na to patrzeć, sposób myślenia i umiejętności społeczne Zhenyi były co najmniej osobliwe.
Jak można usłyszeć złośliwość i być z niej dumnym?
Kwon Taekjoo uznał, że dalsza rozmowa nie ma sensu.
Nie zamierzał odbierać pozytywnie nastawionemu człowiekowi dobrego humoru.
Poza tym, jeśli druga strona nawet nie zauważa sarkazmu, jedyną osobą, która się męczy, jesteś ty sam.
—
Do Pekinu dotarli poprzedniego ranka.
Od Borisa z grupy Sonchev Kwon Taekjoo dowiedział się, że północnokoreański inżynier Hong Yeowook, przebrany za chińskiego turystę, wsiądzie do pociągu transsyberyjskiego.
Przed dotarciem do Moskwy Psych Bogdanov planował się z nim skontaktować, choć dokładny czas i sposób spotkania wciąż pozostawały nieznane.
„SS-29” również miało zostać przeniesione w bezpieczne miejsce, dlatego nie było wiadomo, gdzie ostatecznie trafi.
Niewiadomych było wiele.
Nie miało to jednak większego znaczenia.
Jeśli będą śledzić Hong Yeowooka, prędzej czy później dotrą również do miejsca przechowywania „SS-29”.
Poprzedniego wieczoru obaj potwierdzili, że Hong Yeowook rzeczywiście wsiadł do pociągu.
Tak jak mówił Boris, podróżował jako chiński turysta i zajął miejsce w wagonie drugiej klasy.
Na pierwszy rzut oka był sam.
Nie oznaczało to jednak, że rzeczywiście nie miał obstawy.
Ludzie Bogdanova mogli równie dobrze podróżować tym samym pociągiem.
Właśnie dlatego Kwon Taekjoo nie zamierzał od razu podejmować żadnych działań.
Jeśli Psych Bogdanov zorientuje się, że ktoś śledzi Hong Yeowooka, może całkowicie zrezygnować z kontaktu z nim.
A wtedy cały plan legnie w gruzach.
Musieli zachować najwyższą ostrożność.
— A Boris? Co z nim? Mówiłeś, że się nim zajmiesz.
— Mhm. Zająłem się.
— „Zająłem się” nie oznacza chyba „wysłałem go do nieba”, prawda?
— Zastanawiałem się nad tym…
Zhenya urwał w pół zdania i uśmiechnął się.
Kwon Taekjoo spojrzał na niego ponaglająco.
W jego oczach nie było już tylko wrogości, błyszczała w nich również wyraźna groźba.
Mimo to Zhenya jeszcze przez chwilę nucił coś pod nosem, zanim w końcu odpowiedział.
— Po prostu zamknąłem go w bezpiecznym miejscu. Może jeszcze się kiedyś przyda.
— A jeśli ucieknie?
— Naprawdę aż tak bardzo chcesz, żebym go zabił? Jesteś okrutny.
— Nie o to mi chodzi. Ale jeśli otworzy usta i zacznie mówić, wszystko się posypie.
— Nie martw się. Do tego nie dojdzie.
— Mogę ci wierzyć?
— Oczywiście. Bez mojego polecenia nic nie zrobi.
Choć nadal miał wiele wątpliwości, Kwon Taekjoo postanowił uwierzyć jego słowom.
Było to paradoksalne, ale prawdziwe.
Skoro tak, powinien skupić się wyłącznie na Hong Yeowooku.
—
Kwon Taekjoo mimowolnie spojrzał przez okno.
Za szybą przesuwała się bezkresna równina.
Zimowy krajobraz wszędzie wyglądał tak samo, zimny, pusty i przygnębiający.
Od czasu do czasu na śniegu pojawiały się pasące się zwierzęta.
Patrząc na tę nieskończoną przestrzeń, nagle poczuł trudną do wyjaśnienia samotność.
Nieważne, jak daleko jechali.
Za oknem nieustannie rozciągały się kolejne wzgórza i pola, jakby ten krajobraz nie miał końca.
Przez chwilę obserwował widok, lecz szybko się znudził.
Powracała senność, z którą od rana próbował walczyć.
Ziewnął i spojrzał na zegarek.
Nagle coś sobie przypomniał.
Szybko zdjął z półki torbę.
Z zewnątrz wyglądała jak zwykła aktówka, lecz w rzeczywistości była przenośnym terminalem komunikacji satelitarnej.
W razie potrzeby pozwalała nawiązać połączenie z Koreą.
Włączył urządzenie i wpisał odpowiednią sekwencję poleceń.
Ukryta antena satelitarna wysunęła się i rozpoczęła łączenie z siecią.
Podłączył słuchawki i wybrał numer.
—
Zhenya przez chwilę stał z założonymi rękami i przyglądał się temu z zainteresowaniem.
Miał zamiar pójść na śniadanie i przy okazji obserwować Hong Yeowooka.
Nie planował zabierać ze sobą Kwon Taekjoo, ale jego nagłe, wyraźnie nerwowe zachowanie wzbudziło ciekawość.
Z kim on chce rozmawiać z takim pośpiechem?
— Tak, mamo. To ja.
Matka Kwon Taekjoo odebrała niemal natychmiast, jakby od dawna czekała na ten telefon.
Ponieważ zadzwonił później niż zwykle, wydawała się zaniepokojona.
Taekjoo cierpliwie ją uspokajał.
Był tak skupiony na rozmowie, że nawet nie przeszkadzało mu, iż Zhenya stał tuż obok i wszystkiego słuchał.
—
Z ust Kwon Taekjoo płynęły słowa w obcym języku.
Zhenya kilka razy współpracował wcześniej z Koreańczykami z Północy.
Język, którego używał Taekjoo, brzmiał podobnie.
Nie znał jednak koreańskiego na tyle dobrze, by zrozumieć rozmowę.
Mógł jedynie domyślać się sensu po niezwykle łagodnym tonie głosu Taekjoo, jakby próbował uspokoić drugą osobę.
Pierwszy głos, który usłyszał w słuchawce, należał do kobiety.
Najwyraźniej nie była to przypadkowa znajomość.
Łączyła ich bliska, wieloletnia relacja.
Zhenya wyjął telefon i uruchomił aplikację tłumacza.
Zgodnie z przypuszczeniami był to język koreański.
Najczęściej powtarzającym się słowem było „mama”.
Przez chwilę patrzył na wyświetlone tłumaczenie, po czym cicho się zaśmiał.
To było zaskakująco… ciepłe.
—
Rozmowa szybko dobiegła końca.
Kwon Taekjoo westchnął i rozłączył się.
Schował terminal komunikacyjny do torby, wciąż z napiętym wyrazem twarzy.
Kiedy podniósł wzrok, od razu napotkał spojrzenie Zhenyi.
Tamten patrzył na niego z rozbawionym uśmiechem.
Taekjoo doskonale wiedział, że Zhenya chce coś powiedzieć.
Udawał jednak, że niczego nie zauważył.
Zamknął torbę i ponownie usiadł.
Zhenya, jakby tylko na to czekał, uśmiechnął się szerzej i rzucił żartobliwie:— Zastanawiałem się, jaki jest maminsynek, a tu się okazuje, że mam go tuż przed nosem.
— Ludzie, którzy nic nie wiedzą, zawsze myślą, że wiedzą wszystko.
— Nadepnąłem ci na odcisk? Dlatego jesteś taki zły?
— Wolałbym być maminsynkiem. To chyba byłoby mniej wyczerpujące.
Kwon Taekjoo pokręcił głową i westchnął.
Zhenyę zazwyczaj w ogóle nie interesowały rodzinne sprawy innych ludzi.
Jednak widok człowieka twardego jak skała, który nagle stawał się łagodny, a chwilę później znów chłodny, jakby nic się nie wydarzyło, wzbudził w nim ciekawość.
„Mniej wyczerpujące być maminsynkiem…”
— Mów dalej.
— Jak ktoś taki jak ty miałby zrozumieć, jak trudno jest żyć samotnie? Troski, zmartwienia, niepokój, oczekiwanie… To ci, którzy zostają, dźwigają podwójny ciężar po tych, którzy odchodzą. Wiedziałem, że mama będzie się zamartwiać, więc musiałem kłamać i zawsze udawać, że wszystko jest w porządku. Gdyby wiedziała, gdzie teraz jestem i co zamierzam zrobić… załamałaby się. Do tej pory wierzy, że pracuję jako urzędnik w wydziale spraw obywatelskich…
Kwon Taekjoo urwał nagle w pół zdania.
Zhenya wyglądał na niezadowolonego.
— Dlaczego przestałeś mówić?
— Bo nie musisz tego wiedzieć.
Kwon Taekjoo usiadł wygodniej i zamilkł.
Sięgnął po grubą książkę, wyraźnie dając do zrozumienia, że nie zamierza już kontynuować rozmowy.
Zhenya wyciągnął rękę i zamknął książkę, którą Taekjoo zdążył przewrócić zaledwie kilka stron.
Ich spojrzenia ponownie się spotkały.
— Przed nami jeszcze dużo czasu na rozmowę.
— Nie jestem aż tak znudzony, żeby opowiadać historie rodzinne. Zabrałem ze sobą mnóstwo książek.
Kwon Taekjoo wskazał torbę.
Liczba książek, które do niej spakował, spokojnie wystarczyłaby na sześć dni podróży.
Zhenya uśmiechnął się i przez chwilę wpatrywał się w Taekjoo.
Było to spojrzenie pełne zaciekawienia, jakby właśnie odkrył coś naprawdę interesującego.
Kwon Taekjoo udał, że tego nie zauważa.
Po chwili Zhenya ponownie wyciągnął do niego książkę.
— Pożyczysz mi?
— Dzięki, ale nie trzeba. Nie przepadam za jednostronnymi rozmowami. Jeśli będziesz się nudził, po prostu znajdź sobie jakąś dziewczynę.
To ma być ciekawsze?
Kwon Taekjoo pokręcił głową i ponownie opuścił wzrok na książkę.
Tym razem Zhenya nie zadawał już więcej pytań.
Po cichu wyszedł z przedziału.
Mimo że byli partnerami, nigdy nie mówił, dokąd idzie ani po co.
Drzwi otworzyły się i zamknęły.
Oczy Kwon Taekjoo, dotąd utkwione w książce, mimowolnie powędrowały w stronę drzwi.
Dopiero wtedy jego spięte ramiona nieco się rozluźniły.
Za każdym razem, gdy czuł na sobie spojrzenie Zhenyi, instynktownie się napinał.
Ten podstępny niszczyciel, spokojnie unoszący się na powierzchni niczym drapieżnik w wodzie, zdawał się skrywać w głębi znacznie bardziej okrutną i brutalną naturę.
Przypominał doskonałego łowcę, który potrafi wypuścić zdobycz tylko po to, by później z jeszcze większą przyjemnością urządzić sobie ostatnią ucztę.
Instynkt Kwon Taekjoo nieustannie go przed nim ostrzegał.
Nieważne, ile razy próbował przekonać samego siebie, że są po tej samej stronie.
Przy tak niebezpiecznym partnerze jak Zhenya nigdy nie potrafił całkowicie opuścić gardy.

Zostaw komentarz