6. Nowa misja: Cohiba Behike – edycja limitowana
Kwon Taekjoo spędził na komisariacie bardzo dużo czasu.
Jeden z przechodzących policjantów podał mu gruby koc.
Nie wiadomo było, kiedy ostatnio go prano.
Czuć było z niego stęchliznę.
Mimo że w pomieszczeniu działało ogrzewanie, chłód wciąż przenikał wszystko.
Kwon Taekjoo nie miał więc wyboru i szczelnie się nim okrył.
Otulony kocem spojrzał na pulsujący nadgarstek, który przed chwilą został zabandażowany.
Wyraźnie odznaczały się na nim ślady palców zabójcy.
Najwyraźniej był wtedy w takim szoku, że nawet nie poczuł bólu.
Dopiero gdy ratownik medyczny zabierał się za udzielanie pierwszej pomocy, Kwon Taekjoo zorientował się, dlaczego nie potrafił użyć prawej dłoni.
Nadgarstek był zwichnięty.
Poruszył palcami wystającymi spod bandaża i gorzko się uśmiechnął.
I komu ja mam to teraz opowiedzieć?
Najpierw został porwany.
Potem znikąd pojawił się jakiś szalony zabójca, który go uratował…
…po czym równie nagle zniknął.
Nie.
Czy to w ogóle można nazwać ratunkiem?
Zabrał mu koszulę.
Zwichnął mu zdrowy nadgarstek.
A gdyby policja przyjechała choć kilka minut później…
Kwon Taekjoo zamarzłby tam na śmierć.
Czy ten facet w ogóle jest człowiekiem?
Zwichnął nadgarstek dorosłemu mężczyźnie samym uściskiem dłoni?
Gdyby chodziło o kogoś słabego albo drobnej budowy, jeszcze można byłoby to zrozumieć.
Jednak jedną z rzeczy, z których Kwon Taekjoo był najbardziej dumny, była jego siła i dobrze rozwinięte mięśnie.
A mimo to…
Siła tamtego człowieka zdecydowanie przekraczała wszystko, co potrafił sobie wyobrazić.
W tej chwili ponownie pojawił się prowadzący sprawę policjant.
Usiadł ciężko na starym krześle, które zaskrzypiało pod jego ciężarem.
— Wygląda na to, że za tym atakiem stoją ludzie przeciwni podpisaniu tego kontraktu. To ogromny projekt, więc nie brakuje osób, które patrzą na niego z zazdrością. Słyszałem, że jego wartość sięga aż dziesięciu bilionów wonów, prawda?
Choć był zwykłym funkcjonariuszem, mówił o kontrakcie między państwami niemal jak o wojnie.
Gdy wspominał o spodziewanych zyskach, nawet jego zmęczone oczy nagle rozbłysły.
Kwon Taekjoo nic nie odpowiedział.
Milczał.
Niezadowolony spojrzał jedynie na zegar wiszący na ścianie.
Chciał jak najszybciej wrócić do hotelu.
Policjant jednak nadal z przejęciem opowiadał, że ma nadzieję, iż ten incydent nie zaszkodzi Rosji, i że bez względu na wszystko odnajdą osoby odpowiedzialne za zamach.
Dopiero gdy przełożony, który właśnie wybierał się na kolację, zdziwił się, że Kwon Taekjoo wciąż siedzi na komisariacie, wydano zgodę na jego wyjście.
— Mój bagaż…
— Ach, ma pan na myśli torbę z samochodu? Już ją przynieśliśmy. Sprawdziliśmy również, czy nie ma w środku bomb ani nadajników lokalizacyjnych. Nie musi mi pan dziękować. To drobiazg.
Właśnie przez to mam największą ochotę ci podziękować…
Kwon Taekjoo skinął głową i wstał.
Tak jak mówił policjant, jego torba stała przy samych drzwiach.
Szybko ją podniósł i wyszedł z pokoju.
Schodził już po schodach, chcąc wrócić do hotelu.
Po chwili zauważył jednak, że ten sam policjant idzie za nim.
Na początku uznał, że po prostu mają tę samą drogę.
Funkcjonariusz jednak nadal szedł kilka kroków za nim, zachowując równy dystans.
W końcu Kwon Taekjoo zatrzymał się i odwrócił.
— O co chodzi?
— Został pan już raz zaatakowany. Nic nie gwarantuje, że nie spróbują ponownie. Teraz, gdy ich wspólnicy nie żyją, mogą jeszcze bardziej pragnąć zemsty. Dlatego bezpiecznie odprowadzę pana do hotelu.
Po chwili dodał swoim zwyczajem:
— Ach, nie musi mi pan dziękować.
Oczywiście, że muszę…
Nie czekając na odpowiedź Kwon Taekjoo, policjant ruszył przodem.
— Tędy.
Ta nadgorliwa uprzejmość była bardziej uciążliwa niż pomocna.
Jednak Kwon Taekjoo był teraz Hiro Sakamoto.
Zwykły cywil, który padł ofiarą porwania i zamachu, nie miał żadnego powodu odrzucać ochrony oferowanej przez policję.
Niechętnie przyjął więc propozycję.
Na parkingu czekała Wołga.
Lakier z jednej strony niemal całkowicie odpadł.
Karoseria była powgniatana w wielu miejscach.
Samochód wyglądał na co najmniej piętnaście lat.
Kwon Taekjoo wyjął z torby świeży komplet ubrań i szybko się przebrał.
Policjant z niemałym wysiłkiem otworzył zdeformowany bagażnik, schował do niego torbę Kwon Taekjoo, po czym usiadł za kierownicą i uruchomił silnik.
Stare nadwozie natychmiast zaczęło nieustannie drżeć.
Kwon Taekjoo przez chwilę wahał się, czy usiąść z przodu, czy z tyłu. Niewielki brak szacunku raczej nie kosztowałby go życia. Jednak Japończycy zwykle unikają nieuprzejmości i sprawiania innym kłopotu. W końcu westchnął ciężko i otworzył drzwi od strony pasażera.
Ledwie usiadł, gdy poczuł pod sobą jakiś przedmiot. Sięgnął ręką i wyciągnął… skarpetkę.
Policjant błyskawicznie wyrwał mu ją z ręki i cisnął na tylne siedzenie. Zaraz potem zgarnął z deski rozdzielczej porozrzucane kawałki chleba, papierowe kubki i magazyny dla dorosłych.
— Myślałem, że zajmuje się pan tylko pracą biurową, ale chyba bardzo lubi pan też sport, co?
Szybko zmienił temat, próbując ukryć zakłopotanie. Najwyraźniej już wcześniej zauważył sylwetkę Kwon Taekjoo.
Mięśnie wypracowane podczas prawdziwej pracy różnią się od tych budowanych wyłącznie na siłowni. Taka budowa ciała nie pasowała do człowieka, który całe dnie spędza za biurkiem.
Kwon Taekjoo wzruszył ramionami.
— Dobra kondycja też jest potrzebna, jeśli chce się długo siedzieć przy biurku.
Nawet gdy to mówił, wciąż czuł pieczenie w uszach.
Minęło trochę czasu, a samochód nadal nie wyjechał z komisariatu. Okazało się, że tylna opona była uszkodzona i trzeba było ją wymienić.
Tak naprawdę Kwon Taekjoo zamierzał wrócić do hotelu taksówką, ale policjant uparł się, że odwiezie go osobiście, tłumacząc to ochroną ofiary i świadka.
Dopiero po wymianie opony samochód wreszcie opuścił komisariat.
— Proszę wrócić do hotelu, o niczym nie myśleć i po prostu odpocząć. Jeśli nie będzie pan mógł zasnąć, kieliszek wódki też dobrze zrobi. Zajmiemy się ludźmi, którzy sprawili panu te problemy. Ale… co pan przed chwilą mówił?
Policjant, który dotąd mówił praktycznie sam do siebie, nagle przechylił głowę.
Pytanie było tak niejasne, że Kwon Taekjoo tylko spojrzał na niego bez odpowiedzi.
— O co chodzi? Nie mówił pan, że oprócz martwych na miejscu był jeszcze ktoś? Ten facet miał drogie buty ze skóry bydlęcej. Mówił pan też, że dziwnie pachniał, prawda? I że wyrwał drugiemu oczy gołymi rękami, a potem zrzucił go z budynku. Tak było?
Na komisariacie Kwon Taekjoo wielokrotnie opowiadał o tym, co widział.
Najwyraźniej jednak prowadzący sprawę policjant nie zapamiętał z tego prawie nic.
Czyli w ogóle go nie słuchał.
Najwidoczniej wszystko, co wcześniej mówił, było tylko pustym gadaniem.
Zresztą Kwon Taekjoo od początku niczego się po nim nie spodziewał.
Westchnął i poprawił go.
— To nie była skóra bydlęca. To była skóra krokodyla.
— Może tylko wyglądały jak krokodyle. Są przecież buty z bydlęcej skóry stylizowane na krokodylą.
— To na pewno była prawdziwa skóra krokodyla. Nie pamiętam marki, ale kosztowały co najmniej dwieście pięćdziesiąt tysięcy rubli. Ciemnobrązowe. Rozmiar amerykański trzynaście albo czternaście. Były w idealnym stanie, jak prosto z pudełka. To znaczy, że prawie ich nie noszono albo zostały niedawno kupione. A więc właściciel musi być bardzo zamożny.
Kwon Taekjoo, zirytowany, odruchowo zaczął się wykłócać i dopiero po chwili zorientował się, że powiedział zdecydowanie za dużo.
Policjant spojrzał na niego ze zdziwieniem.
Kwon Taekjoo zamilkł, po czym niezręcznie wyjaśnił:
— Po prostu oglądałem ten model.
Nie było to całkowicie niewiarygodne wytłumaczenie, jednak policjant nadal patrzył na niego z podejrzliwością.
Po chwili roześmiał się.
— Dobrze, dobrze. Wpiszemy więc skórę krokodyla.
Brzmiało to tak, jakby z wielką łaską ustępował.
Kwon Taekjoo poprawił kołnierzyk koszulki.
Przez zupełnie niepotrzebne rzeczy zaczynał wyglądać na podejrzanego.
Starał się zachować spokój, ale coraz trudniej było mu panować nad irytacją.
Jeśli dalej będzie ją tłumił, w końcu wybuchnie.
Jadący samochód zatrzymał się na czerwonym świetle.
Kwon Taekjoo, który dotąd milczał, odezwał się ponownie.
— I to nie był żaden odrażający zapach. Pachniał dymem. Nie zwykłymi papierosami, tylko ręcznie robionym cygarem.
— Dobrze, to też uwzględnię.
Policjant odpowiedział od niechcenia.
Z jakiegoś powodu wcale nie wydawał się zainteresowany tajemniczym zabójcą, który bez przeszkód pojawił się w środku miasta.
Znacznie bardziej ciekawiły go Japonki.
Przez całą drogę zadawał pytania w rodzaju, czy naprawdę są tak posłuszne swoim mężom, jak pokazują filmy, albo czy pas od kimona można rozwiązać w dowolnym miejscu.
W tym momencie Kwon Taekjoo był już pewien jednego.
Ten przeklęty rosyjski policjant nigdy nie złapie tamtego zabójcy.
Po długim czasie, gdy cierpliwość Kwon Taekjoo była już na wyczerpaniu, samochód w końcu zatrzymał się przed luksusowym hotelem.
— Proszę, jesteśmy na miejscu. Nie wiadomo, kiedy znowu spróbują pana zaatakować, więc jeśli to możliwe, lepiej zmienić miejsce pobytu. A jeśli będzie pan potrzebował osobistego ochroniarza, proszę skontaktować się ze mną prywatnie. Zrobię wszystko, żeby pomóc. Ach, nie musi mi pan nic płacić. Wystarczy, że kiedyś postawi mi pan butelkę wina.
Tym razem Kwon Taekjoo nie potrafił już nawet wymusić uprzejmego uśmiechu.
Z całych sił uniósł jedynie kąciki ust.
— Zastanowię się nad tym. Na dziś mam już wystarczająco dużo powodów do zmartwień.
— To nic takiego. To po prostu rosyjska gościnność. Nie musi mi pan dziękować.
Znowu to samo…
Kwon Taekjoo tylko skinął głową i szybko odszedł.
Policjant pożegnał go jeszcze z uśmiechem, wołając, żeby zadzwonił, jeśli będzie potrzebował kompana do picia.
Kwon Taekjoo wszedł do hotelowego lobby.
Portier przejął jego torbę.
Hotel znajdował się niecałą godzinę drogi od lotniska, jednak przez opóźnienie samolotu, porwanie i późniejsze przesłuchanie dotarł tutaj prawie pół dnia później, niż planował.
Był wyczerpany.
Powoli podszedł do recepcji.
— Witamy.
Pominął uprzejme powitanie i po prostu podał recepcjoniście paszport oraz kartę kredytową.
Pracownik spojrzał na jego śmiertelnie zmęczoną twarz i bez zbędnych pytań sprawnie sprawdził dane.
Po chwili wręczył mu kartę do pokoju.
Kwon Taekjoo zamierzał od razu udać się do swojego apartamentu.
Nagle jednak zawahał się.
Przez chwilę się zastanawiał, po czym odwrócił się do recepcjonisty.
— Czy w pobliżu jest sklep z ręcznie robionymi cygarami?
— W naszym hotelu również znajduje się salon z cygarami. Mamy bardzo szeroki wybór, więc na pewno znajdzie pan coś odpowiedniego. Proszę tylko wrócić do lobby. Zaraz pokażę panu drogę.
Pracownik wyciągnął katalog i wskazał odpowiednie miejsce.
Choć Kwon Taekjoo marzył jedynie o odpoczynku, niepokój wciąż nie dawał mu spokoju.
Postanowił najpierw sprawdzić jedną rzecz.
Szybko odnalazł sklep z ręcznie robionymi cygarami.
Elegancki wystrój i starannie wyeksponowane wyroby od razu przyciągnęły jego uwagę.
Bez wahania wszedł do środka.
Pracownik o pogodnym wyglądzie, który właśnie układał towar, uśmiechnął się szeroko.
— Witam. W czym mogę pomóc?
— Szukam konkretnego zapachu, ale nie znam marki.
Kwon Taekjoo rozejrzał się po sklepie.
Sprzedawca lekko uniósł ciemne brwi i podszedł do lady.
— Kubańskie ręcznie robione cygara są uważane za najlepsze na świecie. Większość cygar, które mamy w sklepie, pochodzi właśnie z Kuby, różnią się jedynie marką. To, że są ręcznie robione, nie oznacza, że produkuje się je w małych ilościach. To, które właśnie panu pokazuję, to Macanudo. To najlepiej sprzedająca się marka w Stanach Zjednoczonych. Skoro sprzedaje się najlepiej, znaczy, że cieszy się największą popularnością. Jest idealna dla początkujących, ponieważ ma bardzo łagodny smak.
Najwyraźniej sprzedawca uznał Kwon Taekjoo za osobę, która dopiero zaczyna przygodę z cygarami.
Kwon Taekjoo przyjrzał się uważnie cygaru Macanudo.
— Ile kosztuje?
— Siedem dolarów za sztukę. To bardzo przystępna cena.
— W takim razie to raczej nie to.
Oddał cygaro.
Sprzedawca odłożył je z powrotem na półkę i zapytał:
— Szuka pan konkretnego cygara, które już wcześniej pan widział?
— Tak. Naprawdę chciałbym się dowiedzieć, co to była za marka.— Hmm… W takim razie proszę dać mi jakąś wskazówkę.
Sprzedawca uśmiechnął się z zaciekawieniem.
Wyglądał na szczerze zainteresowanego wyzwaniem odnalezienia jednego konkretnego cygara spośród dziesiątek, a może nawet setek różnych rodzajów wyłącznie na podstawie jego zapachu.
Dla znawcy było to niemal zagadką godną rozwiązania.
— Pachniało nim ktoś, kto nosił buty warte cztery tysiące dolarów.
— Skoro same buty kosztowały tyle pieniędzy, właściciel musi być bardzo zamożny. Tacy ludzie zwykle wybierają wszystko z najwyższej półki. Wszystkie nasze cygara są doskonałe, ale są też takie, które naprawdę się wyróżniają. To arcydzieło nazywa się Romeo y Julieta. Ma bogaty, pikantny smak. Wyczuwalne są również nuty wilgotnej ziemi, grzybów i słodkiego miodu.
— Jest w nim wilgoć, ale nie czuję ani ziemi, ani grzybów. Lekko słodki zapach jest, jednak zupełnie nie przypomina miodu.
— Gdyby nie pachniało ziemią, nie byłoby prawdziwym Romeo y Julieta. A wyczuwa pan zapach przypalonego drewna? Albo skóry?
— Tak. Bardziej przypomina przypalone drewno. Skóry nie czuję.
— Ten zapach był bardzo intensywny?
— Nie… raczej nie.
— W takim razie to raczej nie Montecristo. A co z kształtem? Było całkowicie proste czy zwężało się na końcach?
— Widziałem tylko niedopałek. Nie był spiczasty. Pachniał dokładnie tak samo jak dym.
— Ach… jeśli tak…
Sprzedawca uśmiechnął się szeroko i wyjął jedno z cygar.
Choć Kwon Taekjoo o nic nie pytał, mężczyzna od razu zaczął wyjaśniać.
— To Cohiba Behike. Jego znakiem rozpoznawczym jest głęboki, elegancki aromat. Jest jednocześnie intensywny i słodki, ale na tyle subtelny, że tworzy wyjątkowo harmonijny smak. Chciałby pan spróbować?
Kwon Taekjoo bez słowa skinął głową.
Sprzedawca zapalił Cohibę Behikę specjalną zapalniczką.
W przeciwieństwie do zwykłego papierosa końcówka cygara żarzyła się powoli, niczym dopiero co zapalony jesienny liść.
Popiół nie odpadał.
Trzymał się zwartej bryły i zachowywał swój kształt.
Kwon Taekjoo powoli rozkoszował się aromatem wypełniającym usta.
Nawet sam dym unoszący się z rozżarzonego cygara miał charakterystyczny zapach.
Po chwili jednak pokręcił głową.
— Podobny… ale jednak trochę inny.
— Co się różni?
— Ogólne wrażenie jest bardzo zbliżone. Jednak tamto cygaro pachniało odrobinę mocniej, a jego aromat był bardziej wyrazisty. Poza tym to nie ma zapachu wilgoci.
— Jeśli wyczuwa pan wilgoć, to możliwe, że przed zapaleniem ktoś zwilżył końcówkę cygara odrobiną koniaku. Wtedy charakterystyczny aromat alkoholu miesza się z zapachem samego cygara.
Sprzedawca poprosił go, żeby chwilę zaczekał, po czym zniknął na zapleczu.
Wrócił po chwili z kieliszkiem koniaku.
Nożykiem odciął rozżarzoną końcówkę cygara, skropił ją alkoholem, ponownie je rozpalił i podał Kwon Taekjoo.
— A teraz?
— Jeszcze bardziej przypomina tamto. Ale nadal czegoś brakuje.
Sprzedawca wyglądał na wyraźnie zdezorientowanego.
Jakby odruchowo, potarł zmarszczone brwi.
— Skoro aromat jest tak podobny, to musi być to samo cygaro… ale jednocześnie ciemniejsze i intensywniejsze… W takim razie przychodzi mi do głowy tylko jedna możliwość.
— Jaka?
Kwon Taekjoo natychmiast zadał kolejne pytanie.
Sprzedawca przez chwilę zamyślony gładził brodę, po czym odpowiedział:
— Standardowe cygara Cohiba powstają z liści tytoniu poddawanych podwójnej fermentacji. Jednak kilka lat temu z okazji czterdziestolecia marki wypuszczono limitowaną edycję Cohiba Behike. Do jej produkcji wykorzystano najwyższej jakości liście, które przeszły potrójną fermentację. Następnie dojrzewały w idealnie kontrolowanej temperaturze i wilgotności, a po zakończeniu produkcji przez sześć lat leżakowały w humidorach, dzięki czemu ich smak i aromat stały się jeszcze głębsze.
— Niestety, sprzedawano je wyłącznie w Hiszpanii, w limitowanej liczbie zaledwie czterech tysięcy zestawów. Wielu miłośników cygar próbowało je zdobyć. Ja również.
— Charakterystyczną cechą tej limitowanej edycji jest znacznie mocniejszy aromat niż w zwykłej Cohibie. Jest również o wiele bogatszy i bardziej złożony. Ponieważ była to edycja kolekcjonerska, cena wynosiła czterysta dolarów.
— Oczywiście… za jedno cygaro.400 dolarów za jedno cygaro?
Intensywny, bogaty aromat. Zapach wilgoci bierze się stąd, że przed zapaleniem końcówkę cygara zanurza się w koniaku.
Buty za cztery tysiące dolarów.
Cygaro za czterysta dolarów za sztukę.
Nie ulegało wątpliwości, że bogactwo potrafi zamienić ludzi w potwory.
— Ciekawe… czy macie może tę limitowaną edycję?
— Chciałbym choć raz zobaczyć ją na własne oczy.
Sprzedawca uśmiechnął się bezradnie.
Mimo wszystko ciekawość Kwon Taekjoo została zaspokojona.
Wyciągnął kilka banknotów z zamiarem zostawienia napiwku.
Szybko przeliczył kwotę.
Trzy banknoty po dziesięć dolarów powinny wystarczyć.
— Naprawdę nie ma takiej potrzeby. Przecież nawet nie udało mi się znaleźć tego, czego pan szukał.
— W takim razie wezmę to. Pewnie sprawiłem panu trochę kłopotu. Dziękuję.
Kwon Taekjoo sięgnął po ręcznie robione cygaro za dwadzieścia dolarów stojące na pobliskiej półce i wyszedł ze sklepu.
Na całym świecie istniały zaledwie cztery tysiące zestawów Cohiba Behike w limitowanej edycji.
Co za zabójca o wyjątkowo kosztownych upodobaniach.

Zostaw komentarz